sobota, 29 czerwca 2013

Współczesność jest całkiem w porządku


Zaczyna intrygować już od okładki: Lukier i mięso nie kojarzą się z architekturą, poza tym mają się nijak do standardowego wzorca nadawania tytułów, w skład którego wchodzą takie wyeksploatowane do granic możliwości struktury jak Coś tam i coś tam, czyli o czymś tam czegoś tam, Meta-coś tam. O post-czymś tam innym, i tak dalej. Spożywcza metafora jest ciekawa, a by uzyskać klucz do jej rozszyfrowania, wystarczy odwrócić nieotwartą jeszcze książkę: lukier to realizacje otwierane z pompą, często niezłej jakości, najczęściej albo publiczne, albo poza finansowym zasięgiem zarabiającego średnią krajową Polaka. Mięso stanowi całą resztę. Założenie, jakie przyświecało wydaniu tej rozmowy-rzeki to próba podsumowania polskiego budownictwa po roku 1989 w sposób niehermetyczny, ze – co bardzo ważne – zwróceniem szczególnej uwagi na bloki i galerie handlowe, na przestrzeń ogólnodostępną: place, skwery, na naturę i rezultaty modnych rewitalizacji. Nie przypominam sobie, by ktoś przedtem postawił sobie względem rodzimej architektury tak ambitny cel.

Rozmówców jest trzech: Marcin Kwietowicz, Grzegorz Piątek oraz Jarosław Trybuś. Czynny architekt plus dwaj krytycy; co ciekawe, to Kwietowicz jest zadającym pytania i, w przeciwieństwie do teoretyków, znalazł się bardziej z tyłu. Tymczasem Piątek i Trybuś brylują. Obaj mają na swoim koncie kilka świetnych pozycji popularyzatorskich – teksty do SASu. Ilustrowanego atlasu architektury Saskiej Kępy, do trzech z pięciu wydanych Archimap. Sam Trybuś odpowiada za Warszawę niezaistniałą, a także za Przewodnik po warszawskich blokowiskach, Piątkowi natomiast zawdzięczamy redakcję monografii stołecznego Dworca Centralnego oraz jego twórców. Stężenie warszawocentryzmu w powyżej liście osiąga apogeum, a i sam Lukier nie jest tu wyjątkiem, czego zresztą autorzy są doskonale świadomi. Czytelnicy oczekujący obiektywizmu, czy to geograficznego, czy  estetycznego, odniosą się do książki krytycznie. Pytanie, czy od tytułu, który bezpośrednio deklaruje, że jest transkrypcją oscylującej wokół tematu architektury konwersacji trzech mieszkających w stolicy osób, wygłaszających subiektywne sądy i uprawiających pisanie historii, należy mieć podobne oczekiwania. Wątpliwe. Jeżeli ktoś nie lubi pozycji, „które, choć rzeczowe, nie próbują systematyzować omawianego przez siebie zjawiska” i „które płyną swobodnie, z jednej strony dostarczając wiele materiału do przemyśleń, z drugiej nie porządkując go i kończąc się nagle, bez wyraźnej puenty”*, nie będzie miał z „Lukru” ani wielkiej przyjemności, ani pożytku.

Czego w takim razie można się spodziewać? Naprawdę zajmującej lektury, przygotowanej przez facetów, spośród których każdy w sposób nieunikniony ma swoje poglądy i faworytów. Kolejne rozdziały mijają nie wiadomo kiedy; znienacka okazuje się, że dotarliśmy na drugi brzeg książki, natykając się po drodze na trzy (subiektywnie)** największe pracownie/architektów czasów transformacji ustrojowej (JEMSi, Kuryłowicz oraz Budzyński), na młodszych, budujących dopiero swoją pozycję, na modernizm, postmodernizm, neomodernizm, na starchitekturę, architekturę władzy, na krótki wykład funkcji i pozycji suszarki w dzisiejszych mieszkaniach. No i na mięso, obiecane po obu stronach oprawy miękkiej, klejonej, szytej. Co cenne, cała trójka autorów wydaje się być życzliwie nastawiona do miejsca, w którym przyszło im żyć. W przeciwieństwie do wielu książek traktujących o tym, co w polskiej przestrzeni piszczy, ta nie promuje biadolenia. Tak, nie wałkujmy tematu „czemu tu tak brzydko”, bo do tego sprowadza się każda rozmowa o przestrzeni. Irytuje mnie narzekanie na brzydotę – bo jest podszyte przekonaniem, że „w Polsce nigdy nie będzie normalnie, tu się nic nie zmieni” i że normalnie będzie dopiero, jak będzie tak samo, jak gdzie indziej. A my mamy swoje własne problemy i musimy szukać dla nich autorskich rozwiązań. Bardzo miła odmiana.

Jeszcze kapka dziegciu do tej beczki miodu: proporcje pomiędzy ikonicznymi budynkami, a średniakami z mieszkaniówki są jednak dokładnie odwrotne, niż liczyłam. Minąwszy 241 stron (jeszcze tylko 52 do końca) przeczytać można słowa Trybusia: porozmawiajmy o architektonicznym „mięsie”, bo to ono jest najważniejsze. Trochę późno, to jednak jedyny zarzut. „Lukier” trafił na piąte miejsce bestsellerów Trafficu i trafił, moim zdaniem, zasłużenie. Może nie będziecie się z nim zawsze zgadzać, nudzić jednak – też nie.


Ola Lubińska
_____________________

* Źródło: „Architektura-Murator”, nr 4/2013.
** Naprawdę muszę to pisać?

(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak)

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Miliard odcieni błękitu

Jak widzisz, przywołuję odkształcone wspomnienia, żeby wymyślać opowieści – zwierza się Anie Pauli Tavarer, poetce angolijskiej, Ondjaki, równie angolijski pisarz. Jego „Babcia 19 i sowiecki sekret” nie zapowiadała się wprawdzie na powieść z bohaterami posiadającymi realne pierwowzory, jednak zastanawianie się nad pytaniem fiction czy non-fiction? podczas gdy ma się przed sobą kawał pięknej prozy zostawmy może tym, którzy widzą w tym sens. Człowiek dorosły, czytając powieść, powinien wiedzieć, „o czym ona jest”, a także rozumieć, że to, czy jest ona autobiograficzna, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia, chyba że ów dorosły to ktoś beznadziejnie naiwny albo całkowicie nieświadom tego, czym jest fikcja literacka. (To Irving.)
Akcja książki rozgrywa się w Luandzie lat 80.; wojna domowa trwa w najlepsze – i jeszcze długo będzie – a kraj w ramach zimnowojennych rozgrywek znalazł się w radzieckiej strefie wpływów. Sowieccy żołnierze i robotnicy wznoszą mauzoleum zmarłego prezydenta, Agostinho Neto, tymczasem żyjące w nadmorskiej dzielnicy Praia do Bispo dzieci, nie mając większego wyboru, zajmują się dorastaniem. Niektóre z nich mają rodziców, wychowywaniem pozostałych zajmują się babcie, w tym tytułowa Agnette, zwana z racji pewnego bardzo niewielkiego braku Babcią 19. Sielanka, pozorna zresztą, kończy się w chwili, w której bohaterowie poznają plany wyburzenia ich domów; od tego momentu, wykorzystując cały posiadany spryt, dziecięcą brawurę, przeczytane książki oraz obejrzane filmy, zaczynają spiskować, by ocalić swój świat.
„Babcia 19” jest jedną z tych powieści, które zaczynają się swoim własnym zakończeniem; w tym przypadku oznacza to eksplozję kolorów. Barwy są wszechobecne, podobnie zresztą jak smutek. Wszystko, o czym pisze Ondjaki jest melancholijnie zabawne, piękne, tęczowe, ale już dawno zniknęło, albo nie istniało nigdy poza pamięcią i wyobraźnią. Które nie są znowuż od siebie tak bardzo odległe.
Ola Lubińska

(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Karakter)

środa, 22 maja 2013

BUM!

Zgodnie z oświadczeniem rzecznika z Detroit z 1971 roku przedni zderzak, który działałby przy prędkości 15 km/h, podwyższyłby cenę każdego samochodu o 500 dolarów i, co jest jeszcze bardziej zniechęcające, jego opracowanie miałoby potrwać od trzech do pięciu lat. By wykazać fałszywość tego twierdzenia skorzystałem z dwóch półek na książki o szerokości 30cm i długości 215cm. Między półkami umieściłem blisko osiemdziesiąt pustych puszek po piwie, tworząc coś w rodzaju ogromnego sandwicza w którym półki zastąpiły chleb, a puszki po piwie – pastrami. Przymocowałem puszki do półek, a potem całe to błazeńskie ustrojstwo do przedniego zderzaka mojego samochodu, po czym z prędkością 20km/h wjechałem w narożnik siedziby senatu.

Facetem, który to wszystko zrobił był Viktor Papanek.

Lektura „Dizajnu dla realnego świata” wprowadziła mnie w stan przekraczającego wszelkie granice entuzjazmu i po prawdzie nie mam zupełnie nastroju do konstruowania zwykłych zdań, o nie. Wydobywałabym z siebie najchętniej różne wykrzykniki typu: Ojej! Ach! O rany! Obawiam się jednak, że niewiele by one powiedziały ewentualnym zainteresowanym, a i sceptyków pozostawiły obojętnymi (czego bardzo nie chcę), w związku z czym oto konkrety.

Na 360 stronach* książki zmieścił się cały ładunek papankowej bezpretensjonalności, multum prostych recept na trudne problemy, nowatorskich metod wspomagających twórcze myślenie i opowieści o różnych rodzajach utrudniających pracę dizajnera blokad. Ale to nie wszystko. Żadna pozycja o projektowaniu nie mogłaby się obyć bez pozytywnych przykładów, a tych w „Dizajnie” jest bardzo wiele. Zachwycające fotele relaksacyjne dla tancerzy, krzesła z podłużnym otworem w miejscu, w którym zwykle lądują nasze kręgosłupy, dzięki czemu ciężar ciała opiera się na miękkiej tkance tłuszczowej pleców, nie ugniatając wystających kręgów (pomyślcie o nich ciepło, wiercąc się na plastikowych siedzeniach komunikacji zbiorowej), napędzane siłą mięśni pojazdy, przeznaczone dla krajów Trzeciego Świata – nieawaryjne, nadające się do transportu rannych, towarów, do łączenia w łańcuchy, do względnie łatwego pokonywania wzniesień nawet przy pełnym obciążeniu. Można by wymieniać bez końca. Człowiek o tak wielkim poczuciu humoru, jak Victor Papanek, nie mógł jednak zostawić wszystkich tych tanich i solidnych rozwiązań bez złośliwego komentarza – znajdujemy się przecież w kapitalistycznej Ameryce. Otóż i komentarz: wycięta z gazety reklama podgrzewanego podnóżka w stylu królowej Anny, do tego oferta sprzedaży plastikowej dziewczyny, przypominającej nieco znane nam dmuchane lale. Przemierzając tekst książki natknąć się można na kolejne absurdalne przedmioty, a poza tym poczytać o trudnościach, piętrzonych przed Autorem, gdy ten usiłował spopularyzować odpowiedzialny społecznie i ekologicznie dizajn w miejsce bezsensownego projektowania opartego na chęci zysku. Papanek bez przerwy wyraża swój absolutny brak tolerancji dla rynku głuchego na realne potrzeby, traktującego ludzi jak małpy, którym w cenie złota wcisnąć można dowolną ilość tombaku. Nie ma miejsca na nonszalanckie zużywanie zasobów, na brak troski o środowisko, na niewłaściwą utylizację odpadów, na rzeczy źle pomyślane. Brzmi to bardzo współcześnie, prawda?

A teraz niespodzianka: „Dizajn” pisany był w latach 1963-70, na półki sklepowe trafił zaś w 1971. Mało tego – za datą wydania przemawiają właściwie tylko jakość fotografii i fryzury modeli oraz modelek, pojawiających się na niektórych ilustracjach. Skala pionierstwa Amerykanina jest porażająca; ta książka to bomba i nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek miała przestać wybuchać.

Przykre jest dla mnie wracanie myślą do przełomu lat 60. i 70., kiedy Design For the Real World odrzucali kolejni wydawcy, tłumacząc decyzję stosowaniem przez autora pojęć tak mało znanych, jak ekologia, etologia, czy Trzeci Świat.

I śmieszno, i straszno.

Ola Lubińska

(Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu LubimyCzytać.pl, za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Recto Verso)
_______________________________
*Trochę kłamię, ponieważ 35 wieńczących dzieło kartek to odautorska bibliografia oraz indeks. Ale co tam.

środa, 8 maja 2013

Aziz i Raja

Nie wiem, czy to nie będzie nadinterpretacja i czy ktoś się ze mną zgodzi, ale mam wrażenie, że pisarzy-emigrantów, ludzi, którzy zostali ze względu na okoliczności zmuszeni do opuszczenia znanych sobie miejsc, da się bezbłędnie rozpoznać po stylu, za pomocą którego opisują rozsypane kawałeczki wspomnień. Styl ów, jedyny w swoim rodzaju, stanowi mieszankę smutku, rezygnacji, niespieszności oraz specyficznego ciepła i nie u wszystkich występuje w jednakowym natężeniu. Jerzy Stempowski, na ogół powściągliwy, w chwili, w której pozwala sobie na igraszki z własną pamięcią, zmienia ton. Necla Kelek, niemiecka dziennikarka tureckiego pochodzenia wspominając Stambuł swojego dzieciństwa pisze miękko i z sentymentem – ale tylko wówczas. Raja Shehadeh, przedstawiając w „Palestyńskich wędrówkach” własne sarhy, co i rusz mierzy się z tym, czego nie da się już odzyskać, a także z samym procesem utraty, odbywającym się na jego oczach i odbijającym w języku. Rzecz dotyczy również prozy Máraiego. Zresztą, kto wie, może nie tyle o miejsca chodzi, co o zawiedzione nadzieje, a także o świadomość prawdziwego kierunku zachodzących zmian, który przeczuwa się i wieszczy, chociaż nikt nie wierzy w przepowiednie. Tak było ze Stempowskim, spacerującym po powojennych gruzach, z Kelek – konfrontującą się po latach z mało przyjemnym obliczem Turcji, tak było z Esterą i Penelopą Sandora, Sindbadem, z Rają, któremu dwóch młodych chłopaków groziło bronią na tak bliskich mu wzgórzach. I z Kirke. Właściwie ze wszystkimi tymi postaciami, rzeczywistymi bądź literackimi, po latach zauważającymi, że stąpają już wyłącznie po gruzach. Może ojczyzna to sila, tęsknota za utraconym – zastanawia się Kelek. Pewnie ma rację.

W nowej książce Shehadeha kwestia konfliktu palestyńsko-izraelskiego pojawia się po raz kolejny; tym razem jednak staje się tłem, na którym dochodzi do innego starcia: pomiędzy rodzicem i dzieckiem. Aziz Shehadeh, prawnik, wizjoner, który pierwszych odwiedzających go po upadku Jerozolimy Żydów powitał kompletnym planem utworzenia dwóch równorzędnych państw, twardo stąpający po ziemi realista, wierzący niewzruszenie w rozwiązania polityczne. Po drugiej stronie jego syn Raja, równie charyzmatyczny, układający kwiaty, studiujący literaturę, potem prawo, założyciel organizacji al-Hak, skupiony na obronie praw człowieka i na zdobyciu akceptacji milczącego na ogół ojca. Obaj stają się, zgodnie z tytułem, „Obcymi w domu”, ludźmi, których porozumienie napotyka przeszkodę nie do pokonania: połączenie mocnych charakterów, niewypowiedzianych nadziei i pragnień oraz sytuacji politycznej, w jakiej przyszło funkcjonować obu mężczyznom.

Nieprawdopodobnie trudno jest podsumować tak osobistą książkę. „Obcy” to jednocześnie portret, próba rozliczenia się i opowieść o dojrzewaniu; zza tego wszystkiego prześwieca jednak cała feeria barw oraz kształtów krajobrazu dobrze znana z poprzedniego wydanego w Polsce reportażu autora. Młodszy Shehadeh pisze również o życiu na terenach Palestyny, o nielegalnych żydowskich osiedlach, skandalicznym traktowaniu palestyńskich więźniów, o sądownictwie i sobiepaństwie okupantów. Siłą tych fragmentów, podobnie jak w przypadku "Palestyńskich wędrówek”, jest absolutny brak zaciekłości. Raja niezmiennie pozostaje spokojnie zrozpaczony.

- Zadzwoń do Matildy Harb i przekaż, że nie możemy wykorzystać pełnomocnictwa, które nam przysłała. Każ jej odczytać ci tekst, zanim podpisze go u notariusza i sprawdź go dokładnie. Zrozumiałeś?

Aleksandra Lubińska

(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Karakter)

środa, 24 kwietnia 2013

Krótka seria w twarz


Kiedy, po długich bojach, udało mi się pozbyć ponad piętnastu kilogra­mów tłuszczu, czyniącego problematycznym zarówno wysiłek fizyczny, jak i dobieranie spodni, zabrałyśmy się z mamą do przeglądania jej starych, pamiętają­cych jeszcze kom­putery Odra, ciuchów. Układające się zrazu w bezładną kupę wymieszane tekstylia w moich oczach podzieliły się prędko na dwie grupy: ku­powane w Peweksie albo zdobywa­ne innymi, nieznanymi mi sposobami ubra­nia ekskluzywne, najlepszej jakości, które za­chowały w niezmienionej postaci fakturę, kolor, a także fason oraz tańsze koszule i kiec­ki, wyblakłe, z rozchodzą­cymi się szwami. Tych pierwszych było niedużo, kilka zaledwie, pozostałe zali­czały się do drugiej grupy. Cały układ odpowiada mniej-więcej temu, czego do­wiedzieć się można na temat wzornictwa epoki ludowej z wydanego niedawno przez 2+3D we współpracy z Fundacją Rzecz Piękna albumu Rzeczy niepospolite; tematyka tytu­łu nie ogranicza się wszakże do czasów socjalizmu.

Garść faktów: książka prezentuje sylwetki najlepszych polskich projek­tantów od początku do końca wieku XX, od Wyspiańskiego po Wybieralskiego. Projektowanie przed I Wojną Światową, środowisko Warsztatów Krakowskich, Wzornictwo międzywojn­ia, PRL do lat .70 oraz, osobno, epoka gierkowska, tworzą pięć rozdzia­łów, każdy poprzedzony tekstem Davida Crowleya, profesora Royal Collage of Art w Londy­nie. Rzeczy pojawiły się najpierw jako anglojęzyczne Out of the Or­dinary, dopiero w dwa lata później zostały przełożone na język polski. Należy więc mieć na uwadze fakt, że wstępy Anglika w zamyśle skierowane były do odbior­cy zagranicznego, który o historii Polski może mieć pojęcie niezłe, a może go nie mieć wcale; ze względu na to czytane przez autochtona mogą spra­wiać momentami wrażenie zbyt oczywistych.

Ponieważ trudno, aby pozycja traktująca o przedmiotach składała się jedynie z tekstu, Rzeczy niepospolite wyposażono w ogromną ilość fotografii, spośród których wie­le to zdjęcia wykonywane specjalnie na potrzeby publikacji. Projektem książki zajął się Kuba Sowiński; całość utrzymana jest w biało-czerwonej kolorystyce i pod względem wizualnym trudno jej cokolwiek zarzucić.

Okres od 4 lutego do 17 kwietnia 2012 był dla miłośników wzornictwa dosko­nałym czasem na wizytę w stołecznym Muzeum Narodowym. Zorganizowano tam wów­czas cieszącą się (zasłużenie) sporą popularnością wystawę Chcemy być nowocześni, pre­zentującą crème de la crème polskiego dizajnu lat 1955-68. Przyzwyczajeni do postrzegania PRL-owskich przedmiotów bez wyjąt­ku jako „brzydkich acz wytrzymałych” widzowie byli zapewne w szoku i przecie­rali zdumione oczy na widok fantastycznych figurek To­maszewskiego, czy tkanin Wyszogrodzkiej; domyślam się, że widząc krzesła Wołkow­skiego, ten i ów zastanawiał się, zafrapowany, dlaczego jego dziadkowie ustawiali w swo­ich mieszkaniach z przydziału ohydne meblościanki i paskudne wersalki w kolorze świe­żej biegunki. Dwa rodzaje spódnic mojej mamy wydają się trafną odpowie­dzią. W Rze­czach jak refren powtarza się zdanie (nie jest to dokładny cytat, ale sens zostaje zachowa­ny): „Pomimo starań projektanta nie wdrożono do masowej produkcji”. Najlepsze wzor­nictwo miało przed sobą, co widać w książce, z reguły trzy drogi: pozostawało w formie prototypu, wypuszczano je w krótkich seriach, rozchodzących się w mgnieniu oka wśród krewnych i znajomych, a jeżeli nawet liczba egzemplarzy przekraczała dwadzieścia, ich cena skutecznie odstraszała zarabiających średnią krajową. By obejrzeć krzesło Muszelka, muszę iść do muzeum – chociaż Teresa Kruszewska zawzięcie walczyła o wprowadzenie jej projektów na rynek.

Tak naprawdę niewiele się zmieniło. Dowodem na to jest artykuł wstępny re­daktorki Rzeczy, Czesławy Frejlich, do czterdziestego czwartego numeru pisma 2+3D, traktujący o badaniach rynku (a raczej ich braku), prowadzonych przez krajowe firmy meblarskie. „Tłumy w Ikei świadczą, że nabywcy poszukują tanich i lepiej zaprojektowa­nych mebli” – pisze projektantka; niestety, szwedzki moloch nadal nie ma realnej konku­rencji. Z jednej strony przepiękna, drenująca portfele tych, którzy mogą sobie na nią po­zwolić, twórczość dizajnerów prezentowana na wystawach (a lata później w muzeach), z drugiej – rozkładana kanapa w kakofoniczne wzory. Z trzeciej odbiorca, zwykle niewyro­biony, przyzwyczajony do tandety. Z czwartej – książka, której bardzo brakowa­ło.

Ola Lubińska

(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu 2+3D)  

środa, 10 kwietnia 2013

Divine detail*

Pozycje opublikowane przez d2d.pl policzyć da się przy pomocy pal­ców jednej ręki. Ręka może być niekompletna, nawet mocno, nic nie szkodzi; pełna lista obejmowała bowiem jeszcze do niedawna trzy książki: Człowiek i jego zna­ki Frutigera, Detal w typografii Hochuliego oraz fenomenalny Elemen­tarz stylu w typografii Bringhursta. Pod koniec zeszłego roku dołączył do nich, nie bez perturbacji, kolejny tytuł – napisana przez Michaela Mitchella wespół z Susan Wightman Typografia książki. Podręcznik projektanta. Fotografia orygi­nalnej okładki odstała swoje w zapowiedziach na witrynie wydawnictwa i chyba wszyscy oczekujący (łącznie ze mną) stracili już nadzieję, że polska wersja kiedykolwiek ujrzy światło dzienne, gdy tymczasem Pani Dziewońska niezmordowanie tłumaczyła linijkę za linijką. Robert Oleś, typograf co się zo­wie, przekład zredagował, złożył i wyposażył w grubą, czerwoną oprawę z uro­czą półobwolutą, w razie potrzeby bardzo udatnie spełniającą funkcję zakładki. Efektem całego procesu jest kolejny must-have; nie spodziewałam się zresztą po tym wydawnictwie innego wyniku.


Typografia to kompletny podręcznik traktujący o składzie tekstu – pod tym względem przywodzi na myśl opus magnum Bringhursta, lecz została napisana w zupełnie odmienny sposób; sami autorzy określają ją jako „spis twierdzeń”. Kto więc szuka literackości wysokiej klasy, filozofii lub historii typografii, ten się zawiedzie, po czym pobiegnie szukać ukojenia w dostojnym Elementarzu stylu. Czytelnicy preferujący rzeczowość oraz prostotę (w tym studenci) będą jednak całkowicie usatysfakcjono­wani. Co istotne: znakomitą większość sugestii zawartych w książce, poparto ilustrującymi je przykładami, których przygotowanie musiało kosztować Olesia niejedną nieprzespaną noc, ponieważ niemalże wszyst­kie są po polsku, a całkowita ich liczba oscyluje koło tysiąca. Stanowią one o sile książki, prezentując bezpośrednio na próbkach tekstów błędy i proponowane sposoby na poprawienie czytelności.


Wziąwszy pod uwagę, że zagadnienia związane ze składem cieszą się na ogół jeszcze większą popularnością, niż współ­czesna muzyka poważna, chciałabym uspokoić wszystkich, którzy nie mają bladego po­jęcia, o czym ja w ogóle piszę, a z jakichś względów mieliby ochotę się dowiedzieć, tylko nie bar­dzo wiedzą, gdzie zacząć. Typografia będzie świetnym wyborem na sam począ­tek, prościej i bardziej przyjaźnie już się nie da. Zanim w ogóle zagłębimy się w gąszcz zaleceń, zasad i zastosowań, czeka na nas słowniczek podstawowych ter­minów – od ‹recto› i ‹ver­so›, przez ‹firet› aż do ‹obwoluty›. Dopiero po takim wstęp­nym przygotowaniu – o ile go, naturalnie, potrzebujemy – dopuszczeni będzie­my do pierwszej części, Funkcji i czytelności. Autorzy stopniowo przeprowadzą każdego zainteresowanego przez dylematy związane z wyborem odpowiednie­go kroju pisma oraz projektowaniem szerokości kolumn, czy też marginesów, aż do najmniejszych detali, takich jak skład znaków interpunkcyjnych.


Użyteczna dla zawodowców, nie sprawiająca przy tym problemów zupełnym amatorom. Świetna, bardzo ciekawa i pięknie wydana książka.



  Ola Lubińska
(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu d2d.pl)
_________________

*Czyli ‹boski detal›. Caress the detail, the divine detail – Vladimir Nabokov.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

„Ufajnianie miasta”

Odczytujemy w świątyniach nazwiska podróżnych, to nam się wydaje bardzo błahe i puste. Są tam takie, których wyrycie zabrało ze trzy dni; tak głęboko był nacięty głaz. Niektóre spotyka się wszędzie – niesłychana jest wytrwałość głupoty. Zwłaszcza niejaki Vidua prześladuje nas wszędzie. Przedwczoraj Maks [Maxime du Camp – przyp. Aut.] znalazł nazwisko tego biednego Darceta. Litery zacierają się tu pod działaniem powietrza, podczas gdy jego ciało gnije tam, w trzeciej części świata. Bez wątpienia to biedne nazwisko, już na wpół zatarte, najdłużej przetrwa po nim.1 
Dyr jest głupi. Napis, wykonany czarnym, śmierdzącym markerem na drzwiach szkolnej toalety wysychał leniwie w popołudniowym słońcu, mniej-więcej na wysokości twarzy dwunastolatki. Oddaliłam się o kilka kroków, aby ocenić dzieło, tymczasem moja koleżanka stała na czatach, oceniając położenie patrolujących korytarze nauczycieli dyżurnych. Nasza ostrożność wisiała na rzeczywistym zagrożeniu jak zbyt wielkie spodnie i wszystko to razem wzięte wydawało się dość żenujące – małe, zniekształcone litery (by nikt nie połączył charakteru pisma z piszącą), wypukłe zacieki brudnobrązowej farby olejnej oraz pomieszczenie, z którego każdy uczeń korzystał jak najrzadziej – ale adrenalina, jak uczy doświadczenie, każdego potrafi przekonać do swojej wersji wydarzeń. Dwie guerrillas na finiszu niebezpiecznej misji, tak z upodobaniem myślałyśmy na temat swój i naszego wyczynu. „Kto z nas nie bazgrał – długopisem, flamastrem, ołówkiem albo ryjąc cyrklem – po szkolnych ławkach albo po ściankach w szatni?” – pyta we wstępie do drugiej części Polskiego Street Artu Marcin Rutkiewicz. Bazgrałam i niewiele brakowało, bym nabazgrała epitafium: dyrektor zginął tragicznie wraz z ukochanymi gołębiami pod gruzami katowickiej hali kilka lat później. Pozostaje mieć nadzieję, że do tego czasu z napisu nie pozostała nawet kropka tuszu.
 
Podróżujący po Egipcie francuscy turyści sprzed dwóch wieków nie byli aż tak delikatni, a ryte na pozostałościach świątyń ślady ich obecności nadal są doskonale widoczne. „Niejaki Vidua” i „biedny Darcet” zadowalali się jednak ogłaszaniem wszech i wobec własnych nazwisk wraz z rokiem wyprawy, dając święty spokój dyrektorom, belfrom i kochankom; być może zdawali sobie sprawę z tego, ile przetrwają ich krotochwile. O, mury, przyjęłyście już tyle nudnego graffiti, że dziwi mnie, iż jeszcze nie obróciłyście się w ruinę – napisał na jednej z kolumn pompejańskiego perystylu jakiś Gajusz albo Fileros blisko dwa tysiące lat temu, poświadczając, że zblazowany malkontent, tak samo jak bazgranie po ścianach, bynajmniej nie jest nowym wynalazkiem. Otóż mury stoją, mają się dobrze i bez większego wysiłku przyjmują kolejne pokolenia writerów, street artowców oraz dwunastolatek. Efektem takiego stanu rzeczy jest, wspomniany już akapit temu, Polski Street Art 2.

Na książkę składają się setki unikatowych zdjęć i teksty dwojakiego rodzaju. Po pierwsze: teoretyczne, wprowadzające laika w historię światowego i polskiego writingu w pigułce, w różnice pomiędzy graffiti i street artem, w charakterystykę działań writerskich, murali, wlepek, instalacji, a także ich podgatunków. Druga kategoria to te, traktujące o twórcach, mające niekiedy formę wywiadu, czasami zaś biogramu, krótkiego lub dłuższego. Oficjalny styl artykułów Rutkiewicza oraz Hunkiewicza oraz wypowiedzi niektórych artystów bardzo przyjemnie współbrzmią ze swobodnymi, najeżonymi slangiem uwagami innych. Z jednej strony skodyfikowane filozofie twórcze, z drugiej – zajawkowicze, „rolada z modrą kapustą i kluski”. Daje to w sumie bardzo przyjemny mariaż rozmaitych rejestrów. Album sam w sobie również nie jest jednolity. Niby w tytule pojawia się jedynie street art, ale w treści co i rusz powraca klasyczne, tworzone nielegalnie graffiti. Konflikt pomiędzy tymi dwiema dziedzinami stanowić miał zresztą kanwę, na której osnuto całą publikację, stąd podtytuł: „Pomiędzy anarchią a galerią”. Jaki jest wynik starcia, nie zdradzę.

Mona Tusz do wykonania swoich murali użyła kawałeczków luster i fragmentów zielonego szkła. Poprzyklejane do ścian bemowskiej Galerii Forty/Forty reagują na zmieniające się oświetlenie, błyszcząc w ciemnych, sklepionych kolebkowo pomieszczeniach. Nienaturalnie jasne w porównaniu z burym, brudnym tynkiem, zachęcają, by podejść bliżej. Jakkolwiek dobra by była książka – a jest świetna, fascynująca, wciągająca – sztuka uliczna najlepiej prezentuje się na żywo, kiedy można ją pomacać, ocenić jej rozmiary, obejrzeć kontekst, w jakim powstała. Wyłączenie komputera i wyjście z domu to całkiem dobra pozycja startowa.

Ola Lubińska

(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu carta blanca)  
__________________________
1Gustave Flaubert, Listy, Warszawa 1957, s. 85-86.