Czasami
mam wrażenie, że przy wydawaniu książek najważniejsza jest
umiejętność pisania wniosków o dofinansowanie. Strach pomyśleć,
ile dobrych a niszowych pozycji mogłoby się w ogóle nie ukazać,
gdyby nie hojne dotacje lub choćby patronaty honorowe! Osiemdziesiąt
dziewięć lat czekaliśmy na polski przekład Vers une
architecture; ukazał się w końcu, całkiem niedawno, dzięki
Centrum Architektury, a ponadto przy wsparciu Ministra Kultury i
Dziedzictwa Narodowego, Instytutu Francuskiego, The Swiss Art
Council Pro Helvetia oraz dwóch
stowarzyszeń: Producentów Cementu (wspaniałe!) i
Architektów Polskich. Wedle moich
obliczeń, bardzo zresztą prostych, po sześćdziesiąt cztery
strony z każdego egzemplarza na dobroczyńcę. Nie wiem wprawdzie,
za które dokładnie miałabym podziękować Producentom Cementu,
niemniej bardzo chciałabym to zrobić.
Zanim
przejdę do relacjonowania wrażeń z lektury, czas na chwilę
bezwstydnego oceniania książki po okładce. Jedenastego grudnia,
siedząc w autobusie przy oknie, zauważyłam z zaskoczeniem dwie
rzeczy. Po pierwsze: że ktoś postawił znicz na samym szczycie
jednego z powązkowskich nagrobków, tak, że nawet zza wysokiego
muru widać kawałek sterczącego krzyża, zakończonego szklanym
pojemniczkiem, co jest bardzo zabawne. Po drugie: to, co znajduje się
na froncie W stronę architektury
nie jest montażem, tylko fotografią i że autor oraz tytuł zostały
nadrukowane na kartce, którą następnie zmięto, pozostawiając na
środku nietknięty, gładki kwadrat. Tego samego dnia zrozumiałam
również, że nie wszystkie pomysłowe i piękne oprawy książek
zdają egzamin, a dotarło to do mnie w momencie w którym jedyny
pasek kleju, trzymający mój egzemplarz Corbusiera w jednym
kawałku, zaczął kapitulować. Przy okazji pierwszego otwarcia tomu
próżno oczekiwać jakiegokolwiek oporu materii: oprawę rozłożyć
można zupełnie na płasko. Oczom zaskoczonego (i to jak!)
obserwatora ukazuje się wówczas półmatowy, wzmocniony czarną
tasiemką grzbiet, schematyczny rysunek pierwszej strony (wyobraża,
jak sądzę, przekrój przez makietę okładki) oraz powtórzone dane
z frontu, umieszczone tam, gdzie spodziewalibyśmy się widzieć w
podobnej sytuacji wyłącznie plamy zaschniętego spoiwa, które
zawiodło. Ryzyko, że pewnego słonecznego ranka okładka i
zawartość tak przygotowanego Vers une architecture
rozejdą się na dobre, jest wielka. Kontrast pomiędzy dopracowanym
projektem, a pozostawiającą trochę do życzenia realizacją staje
się przez to spory i warto by było uniknąć przy następnych
publikacjach podobnych niespodzianek. Dzieło wydano na kredowym
papierze – całość jest przez to dość ciężka – zaś kroje
pisma nawiązują do estetyki pierwszych wydań. Co ciekawe, wstęp
wygląda już zupełnie współcześnie, a i w spisie treści gołym
okiem widać różnicę. Recenzję W stronę architektury
rozpoczynam w taki właśnie sposób, bo CA należy najwidoczniej do
tych wydawnictw, które przywracają okładce i typografii książki
autonomię. Mówiąc prościej: mają one coś znaczyć lub do czegoś
nawiązywać, w związku z tym uważam, że warto się nad nimi
zatrzymać. Poza tym są piękne; szkoda tylko, że zaniedbano
względy praktyczne.
No
dobrze, wiemy już, gdzie byłam jedenastego grudnia i do jakich
wniosków doszłam, znamy również historyjkę ze zniczem. Czas
najwyższy zająć się rzeczami mniej istotnymi, treścią dzieła
na przykład. O czym pisze autor? Uwaga, niespodzianka: o
architekturze. Za to w jaki sposób! Mechaniczny styl, będący
nieodrodnym dzieckiem epoki w której tekst powstawał, styl 'miasta'
i 'maszyny' ('masy' już niekoniecznie), suchy i
pozbawiony ornamentów jak modernistyczny budynek, nie jest w stanie
przykryć potężnej indywidualności, która przelewa się przez
niego bez przerwy. Corbusier uparcie stara się dotrzeć do jakiejś
prawdy obiektywnej, tworzy Modulora – w dużym uproszczeniu jest to
system zależności pomiędzy uśrednionymi wymiarami człowieka a
zasadą złotego podziału, wykorzystywany przez architekta w
praktyce projektowej, „schemat ergonomiczny”, jak określono go w
jednym z artykułów – ma również obsesję na punkcie planowania
i geometrii. Pojęcie
'architektury' w rozumieniu Jeannereta-Grisa otrzymuje znaczenie na
poły religijne – najogólniej rzecz ujmując, to rzemieślnicza
sprawność budownictwa plus poezja doskonałej harmonii brył,
zdolna do poruszenia obserwatora. Mając to na uwadze, dużo łatwiej
jest zrozumieć, skąd bierze się dojmująca rozpacz nad stanem
współczesnej architektury, reprezentowanej przez zagracony,
mieszczański salonik, porcelanowe figurynki, akanty, a wszystko to
przeładowane i bez smaku. Z drugiej strony zaś pojawia się skrajny
funkcjonalizm. Tymczasem Corbusier funkcjonalistą nie jest. Jego
wymagania są dużo większe:
Architektura
ma inny sens i inne cele, niż podkreślanie konstrukcji i
odpowiadanie potrzebom (potrzebom rozumianym tu jako użyteczność,
wygoda, funkcjonalność). ARCHITEKTURA to sztuka w pełnym tego słowa znaczeniu, która osiąga stan
platońskiej wzniosłości, to matematyczny porządek, abstrakcja,
dostrzeganie harmonii w poruszających relacjach. To CEL
architektury.
„Architektura
albo rewolucja. Rewolucji można uniknąć” – stwierdza na samym
końcu książki, podsumowując w ten sposób swoje wcześniejsze
tezy. Domy robotników nie nadają się do mieszkania, tak samo
zresztą, jak posiadłości bogaczy. I jedni, i drudzy gromadzą w
nich majątki całego życia, ciężkie meble, niewygodne szezlongi,
zamieniając swoje jedyne schronienie w sejf z kosztownościami. W
ramach reakcji na tak złą koncepcję domu, Corbusier tworzy maszynę
do mieszkania. I w samym środku swojego zestandaryzowanego lokum
umieszcza element niezbędny człowiekowi, lordowi, palaczowi,
dziennikarzowi – miejsce na obraz, na malarstwo, które po pracy
można by kontemplować. Nazywa obrazy produktami niezbędnymi,
odpowiadającymi na potrzeby estetyczne każdej osoby. Fantastyczne z
jednej strony, trochę straszne – z drugiej. Taki zwrot akcji jest
niespodziewany, tym bardziej, że kilka stron wcześniej czytelnik
dowiedzieć się może, iż sztuka jest domeną elit i nigdy nie będzie towarem masowym.
Autorowi
sporo się zarzuca. Obarcza się go pośrednio odpowiedzialnością
za socrealistyczne budownictwo blokowe; pisze się wówczas o
„wypaczeniu” jego idei. Problem w tym, że z corbusierowskiej
myśli w blokach pozostał jedynie standardowy metraż na osobę oraz
beton, usunięto zaś całą poezję proporcji. Tymczasem ideałem
architekta były nie betonowe bunkry, a Akropol, Hagia Sophia i Willa
Hadriana. Na ile można mówić o zejściu z jakiejkolwiek ścieżki,
jeżeli już założenia wyjściowe były tak odległe od
pierwotnych? Z drugiej strony, to, co opisano w Vers une
architecture wyjątkowo dobrze i
łatwo daje się spaczyć: „Standard to niezbędny porządek w
ludzkiej pracy. Standard powstaje według pewnych podstaw, nie
arbitralnie, lecz w sposób umotywowany i według logiki popartej
analizą i doświadczeniem. Wszyscy ludzie mają takie same
organizmy, takie same funkcje. Wszyscy ludzie mają takie same
potrzeby. Umowa społeczna, ewoluująca na przestrzeni wieków
określa standardowe klasy, funkcje i potrzeby, którym odpowiadają
standardowe produkty użytkowe.” Nic, tylko pakować ludzi, jak
sardynki, w ciasne kubiki i zasłaniać się wielkim Le Corbusierem.
A gdzie piękno, o którym mówił prawie bez przerwy? Gdzie
wzruszenie?
W
czterdziestym czwartym numerze kwartalnika 2+3D pojawił się
niezwykle interesujący wywiad; Małgorzata Mozolewska, pracująca
razem z Marcelem Wandersem, wypytała go o poglądy na projektowanie.
Wanders, który uważa, że „opowieści modernistów były za
szczere, za poważne, a przez to straszliwie nudne”, zauważa kilka
linijek dalej: „Przedmiot musi być funkcjonalny, ale też piękny,
aby mógł »żyć«
w relacji do wyższych idei, które budują naszą rzeczywistość”.
Wychodzą więc z Corbusierem z tego samego punktu, lecz miejsca, do
których dochodzą, różnią się diametralnie. Udowadnia to
krzesło. „Nasze
ciało, jego wymiary nie zmieniły się tak bardzo, a mimo to ciągle
chcemy nowych krzeseł. Nie dlatego, że siedzimy inaczej, ale
dlatego, że chcemy być innymi ludźmi. To o »tym« jest dizajn i
o tym powinniśmy rozmawiać. Techniczna funkcjonalność bardzo
ogranicza sposób patrzenia na produkt. Jest spojrzeniem
technokratycznym, a nie humanistycznym. […] Zmieniamy się
wewnętrznie, a razem z nami zmieniają się nasze krzesła” –
pisze Wanders. „A
wszystkie niedorzeczności o wyjątkowych przedmiotach i
artystycznych meblach brzmią fałszywie i dowodzą przykrego
niezrozumienia aktualnych potrzeb: krzesło nie jest dziełem sztuki;
krzesło nie ma duszy; to narzędzie do siedzenia – odpowiada mu Le
Corbusier. Prawda natomiast, jak to zwykle bywa, siedzi sobie spokojnie
gdzieś pośrodku.
Ola Lubińska
(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Centrum Architektury)