Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura afrykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura afrykańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Miliard odcieni błękitu

Jak widzisz, przywołuję odkształcone wspomnienia, żeby wymyślać opowieści – zwierza się Anie Pauli Tavarer, poetce angolijskiej, Ondjaki, równie angolijski pisarz. Jego „Babcia 19 i sowiecki sekret” nie zapowiadała się wprawdzie na powieść z bohaterami posiadającymi realne pierwowzory, jednak zastanawianie się nad pytaniem fiction czy non-fiction? podczas gdy ma się przed sobą kawał pięknej prozy zostawmy może tym, którzy widzą w tym sens. Człowiek dorosły, czytając powieść, powinien wiedzieć, „o czym ona jest”, a także rozumieć, że to, czy jest ona autobiograficzna, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia, chyba że ów dorosły to ktoś beznadziejnie naiwny albo całkowicie nieświadom tego, czym jest fikcja literacka. (To Irving.)
Akcja książki rozgrywa się w Luandzie lat 80.; wojna domowa trwa w najlepsze – i jeszcze długo będzie – a kraj w ramach zimnowojennych rozgrywek znalazł się w radzieckiej strefie wpływów. Sowieccy żołnierze i robotnicy wznoszą mauzoleum zmarłego prezydenta, Agostinho Neto, tymczasem żyjące w nadmorskiej dzielnicy Praia do Bispo dzieci, nie mając większego wyboru, zajmują się dorastaniem. Niektóre z nich mają rodziców, wychowywaniem pozostałych zajmują się babcie, w tym tytułowa Agnette, zwana z racji pewnego bardzo niewielkiego braku Babcią 19. Sielanka, pozorna zresztą, kończy się w chwili, w której bohaterowie poznają plany wyburzenia ich domów; od tego momentu, wykorzystując cały posiadany spryt, dziecięcą brawurę, przeczytane książki oraz obejrzane filmy, zaczynają spiskować, by ocalić swój świat.
„Babcia 19” jest jedną z tych powieści, które zaczynają się swoim własnym zakończeniem; w tym przypadku oznacza to eksplozję kolorów. Barwy są wszechobecne, podobnie zresztą jak smutek. Wszystko, o czym pisze Ondjaki jest melancholijnie zabawne, piękne, tęczowe, ale już dawno zniknęło, albo nie istniało nigdy poza pamięcią i wyobraźnią. Które nie są znowuż od siebie tak bardzo odległe.
Ola Lubińska

(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Karakter)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Dziesięć do dwudziestu


Danny Gopnik starał się za wszelką cenę odzyskać swoje przenośne radyjko tranzystorowe, na którym słuchał piosenek Jefferson Airplane. Marjane Satrapi, markowała grę na gitarze przy Iron Maiden, zaś Michel, bohater Jutro skończę dwadzieścia lat, usiłuje zrozumieć, co właściwie mówi do niego Georges Brassens w jednym ze swoich utworów. Michel liczy sobie dziesięć lat i jest rozwodnikiem. Mieszka z przybranym ojcem oraz dwiema matkami w kongijskim Pointe-Noire, jest zmuszony dorastać, a jego ukochana Karolina odmówiła dalszej współpracy. To bardzo wiele jak na jednego człowieka.

Mój wuj twierdzi, że jest komunistą. Komuniści to zwykle ludzie prości, nie mają telewizji, telefonu, elektryczności, ciepłej wody, klimatyzacji i nie zmieniają samochodu co pół roku jak wujek René. Więc teraz już wiem, że można być komunistą i bogaczem.


Chłopiec, co nie powinno dziwić, wziąwszy pod uwagę jego wiek, ma wiele spostrzeżeń, zarówno na temat własnej rodziny, jak i świata, a przy tej okazji – także polityki. Jego wypowiadane poważnym tonem proste i nieświadomie ironiczne uwagi, doprowadzają od czasu do czasu do zgrzytu: postać dziecka traci wówczas na wiarygodności i staje się tubą dorosłego. Lepsza wydaje mi się jednak wyczuwalnie syntetyczna naiwność z filozoficznym zacięciem, niż hiperrozwinięty, kilkuletni mędrzec, do którego całkiem niedawno i bezskutecznie usiłował przekonać mnie przez googolpleks stron Jonathan Safran Foer. W interwałach pomiędzy tego typu pęknięciami Michel zaczyna widzieć i rozumieć coraz więcej; tymczasem szach Reza Pahlawi ucieka z Iranu, Idi Amin Dada również przestaje być mile widziany w swoim kraju. Historie o perypetiach sercowych oraz domowych przeplatają się więc z wcale wielką historią, a to wszystko opowiadane przy pomocy podobnego zestawu środków. Efekty są przeurocze i bywają komiczne.

Styl najnowszej książki Mabanckou uległ drobnym zmianom i wygładził się – być może ze względu na temat – lecz jego zasadniczy rdzeń pozostał ten sam: zaczepna i często niepoważna narracja, tyle tylko, że jej tok jest tym razem mniej chaotyczny, a kropki znalazły się na swoich miejscach. Kupowanie powieści Kongijczyka to sprzedaż wiązana, razem z Jutro skończę dwadzieścia lat otrzymujemy garstkę autoodniesień: postać Angoualimy (African Psycho) mignie z raz i dwa, pojawi się dobrze znany miłośnikom Kielonka bar Śmierć Kredytom, a pan Mutombo będzie narzekał na pewnych zabójczo eleganckich i bardzo kolorowych saperów (Black Bazar). Te przebłyski nie uniemożliwią jednak orientowania się w fabule tym, dla których posiedzenie nad przygodami Michela będzie pierwszym kontaktem z utworami pisarza. To raczej diamenciki, porozrzucane to tu, to tam, by mrugnąć do wtajemniczonych; stanowią przy tym miłe domknięcie fikcyjnej rzeczywistości.

Demain j'aurai vingt ans pojawiło się u nas w sierpniu tego roku; tłumaczenia powieści Afrykańczyka na polski po raz czwarty podjął się Jacek Giszczak, a wydania – również po raz czwarty – wydawnictwo Karakter. Przemek Dębowski, odpowiedzialny za oprawę graficzną, także w tym przypadku wykonał kawał dobrej roboty: dwie śliczne, pulchne łapki wyciągnięte do góry, z żółtym Słońcem i chmurami w tle, a wszystko utrzymane w ciepłej tonacji; piękna ilustracja tego, co można znaleźć w środku.

Zupełne pomieszanie rejestrów i bardzo, bardzo przyjemna książka.

(recenzja pierwotnie ukazała się na portalu LubimyCzytac.pl; za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Karakter)