Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 października 2012

Berg!


Gombrowicza spotkało to samo, co staje się udziałem każdej awangardy (o ile szlag jej nie trafia): okrzepł, zmienił krótkie spodenki na gacie w kancik, przeszedł do klasyki, zaczął wypełniać listy lektur, po czym stał się obiektem nienawiści i rozprawek ze wstępem, rozwinięciem oraz zakończeniem. Strasz­ne rzeczy. Jakby tego było mało, biedny Witold powoli znika, znika zupełnie jak kot z Cheshire, zostają z niego wiszące w powietrzu pupa i gęba. Przypomina mi się niewielkie dziełko Flauberta, podręcznik kurtuazyjnej konwersacji, Słownik komuna­łów, zawierający pożyteczne truizmy i różnorakie banalne skojarzenia:

Abelard – Jest rzeczą zbędną mieć jakieś wyobrażenie o jego filozofii lub znać tytuły dzieł. Napomknąć skromnie, że wytrzebił go Fulbert.
Grób Heloizy i Abelarda: gdy zaczną dowodzić, że jest fałszywy, zakrzyknąć: Odziera mnie pan ze złudzeń!
[...] 
Księża  - Żyją ze swymi gospodyniami i mają z nimi dzieci, które zwą kuzynami. Mimo to i wśród nich bywają dobrzy ludzie!

Pomiędzy tym wszystkim pasowałoby akuratnie: Gombrowicz – Narzekać na zbyt wczesne wprowadzanie go na lekcjach, wspominać gwałt przez ucho, opowiedzieć o gębie i pupie właśnie. Zredukowany do kilku po­wieści, tak jak Nabokova sprowadzono do Lolity, a Jerzego Edigeya do Strzału na dancingu – smutny jest los pisarza, który pisze dużo dla ludzi, nie mających porównywalnie dużo czasu wolnego i chęci, by do­głębnie go poznać. Dla tych, którzy mają, Wydawnictwo Literackie przygotowało okazałą serię, dzięki której można się na przykład dowiedzieć, że Gombro jest autorem czegoś poza Dziennikami, Trans-Atlantykiem i Ferdydurke, a nawet zobaczyć na własne oczy, w jaki sposób zostały stworzone jego inne dzieła i o czym traktują!

Student Witold, wyjechawszy do Zakopanego, spotyka znajomego imieniem Fuks, wynajmuje z nim pokój w domu pani Kulki, jej męża Leona i córki Leny, poznaje ich służącą Katasię, poznaje wargę Katasi, poznaje kilku pozostałych bohaterów, po czym wyjeżdżają razem na wycieczkę i wracają – jedni do Zakopanego, inni do Warszawy. Tak w teorii prezentuje się to, co można nazwać warstwą fabularną utworu; pisarzowi udało się jednak dokonać czegoś bardzo ciekawego. Niezależnie bowiem od tego, jak dokładnie starałabym się wypunktować zdarzenia i spoilerować, by zepsuć Wam, mili Czytelnicy, całą za­bawę, nie byłabym w stanie, dopóki nie przepisałabym powieści względnie co do litery. W Kosmosiumber­gu, eseju dołączonym do jubileuszowego wydania dzieł Gombrowicza, Jerzy Franczak zauważył słusznie, że świat Kosmosu to świat pansemiotyczny, w którym wszystko jest równie ważne i nieważne. A skoro fakty jako takie rozpływają się w szarą breję, istotniejsze musi być coś innego: interpretacja, rozpaczliwe poszukiwanie wzorów, a także fabrykowanie kolejnych wydarzeń, mających utrzymać wykoncypowany porządek oraz ocalić przed kompletnym chaosem, przy okazji stwarzając go i pogłębiając – trudno przecież oczekiwać od paranoika zdolności do wykreowania innego rodzaju rzeczywistości, niż paranoiczna. Całość przypomina studium wykluwania się teorii spiskowej albo interpretację dzieła malarskiego bądź poezji, przeprowadzaną przez uczniów liceum. To, co dostarczane przez odbiorców miesza się absolutnie i nieodwracalnie z tym, co przynosi samo dzieło. Dawno nie czytałam utworu sprawiającego mi tyle radochy podczas dopisywania ideologii.

(Tekst pierwotnie ukazał się na portalu LubimyCzytać. Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Dziesięć do dwudziestu


Danny Gopnik starał się za wszelką cenę odzyskać swoje przenośne radyjko tranzystorowe, na którym słuchał piosenek Jefferson Airplane. Marjane Satrapi, markowała grę na gitarze przy Iron Maiden, zaś Michel, bohater Jutro skończę dwadzieścia lat, usiłuje zrozumieć, co właściwie mówi do niego Georges Brassens w jednym ze swoich utworów. Michel liczy sobie dziesięć lat i jest rozwodnikiem. Mieszka z przybranym ojcem oraz dwiema matkami w kongijskim Pointe-Noire, jest zmuszony dorastać, a jego ukochana Karolina odmówiła dalszej współpracy. To bardzo wiele jak na jednego człowieka.

Mój wuj twierdzi, że jest komunistą. Komuniści to zwykle ludzie prości, nie mają telewizji, telefonu, elektryczności, ciepłej wody, klimatyzacji i nie zmieniają samochodu co pół roku jak wujek René. Więc teraz już wiem, że można być komunistą i bogaczem.


Chłopiec, co nie powinno dziwić, wziąwszy pod uwagę jego wiek, ma wiele spostrzeżeń, zarówno na temat własnej rodziny, jak i świata, a przy tej okazji – także polityki. Jego wypowiadane poważnym tonem proste i nieświadomie ironiczne uwagi, doprowadzają od czasu do czasu do zgrzytu: postać dziecka traci wówczas na wiarygodności i staje się tubą dorosłego. Lepsza wydaje mi się jednak wyczuwalnie syntetyczna naiwność z filozoficznym zacięciem, niż hiperrozwinięty, kilkuletni mędrzec, do którego całkiem niedawno i bezskutecznie usiłował przekonać mnie przez googolpleks stron Jonathan Safran Foer. W interwałach pomiędzy tego typu pęknięciami Michel zaczyna widzieć i rozumieć coraz więcej; tymczasem szach Reza Pahlawi ucieka z Iranu, Idi Amin Dada również przestaje być mile widziany w swoim kraju. Historie o perypetiach sercowych oraz domowych przeplatają się więc z wcale wielką historią, a to wszystko opowiadane przy pomocy podobnego zestawu środków. Efekty są przeurocze i bywają komiczne.

Styl najnowszej książki Mabanckou uległ drobnym zmianom i wygładził się – być może ze względu na temat – lecz jego zasadniczy rdzeń pozostał ten sam: zaczepna i często niepoważna narracja, tyle tylko, że jej tok jest tym razem mniej chaotyczny, a kropki znalazły się na swoich miejscach. Kupowanie powieści Kongijczyka to sprzedaż wiązana, razem z Jutro skończę dwadzieścia lat otrzymujemy garstkę autoodniesień: postać Angoualimy (African Psycho) mignie z raz i dwa, pojawi się dobrze znany miłośnikom Kielonka bar Śmierć Kredytom, a pan Mutombo będzie narzekał na pewnych zabójczo eleganckich i bardzo kolorowych saperów (Black Bazar). Te przebłyski nie uniemożliwią jednak orientowania się w fabule tym, dla których posiedzenie nad przygodami Michela będzie pierwszym kontaktem z utworami pisarza. To raczej diamenciki, porozrzucane to tu, to tam, by mrugnąć do wtajemniczonych; stanowią przy tym miłe domknięcie fikcyjnej rzeczywistości.

Demain j'aurai vingt ans pojawiło się u nas w sierpniu tego roku; tłumaczenia powieści Afrykańczyka na polski po raz czwarty podjął się Jacek Giszczak, a wydania – również po raz czwarty – wydawnictwo Karakter. Przemek Dębowski, odpowiedzialny za oprawę graficzną, także w tym przypadku wykonał kawał dobrej roboty: dwie śliczne, pulchne łapki wyciągnięte do góry, z żółtym Słońcem i chmurami w tle, a wszystko utrzymane w ciepłej tonacji; piękna ilustracja tego, co można znaleźć w środku.

Zupełne pomieszanie rejestrów i bardzo, bardzo przyjemna książka.

(recenzja pierwotnie ukazała się na portalu LubimyCzytac.pl; za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Karakter)