Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 września 2013

„Chcieliśmy dać wartość miastu*”

Mając w pamięci to, z jaką rezygnacją Filip Springer wypowiadał się podczas spotkania okołahansenowskiego w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, spodziewałam się, że w Wannie z kolumnadą trudno będzie znaleźć przebłyski optymizmu, tym bardziej, że ich wyszukiwanie oznacza w tym przypadku tytaniczny wysiłek. A jeżeli już coś miłego się pokaże, to i tak zaraz sprawcy całego zamieszania zostaną przekupieni / zrezygnują / dostaną zatoru żylnego ze skutkiem śmiertelnym. Wyszło, że niewiele się pomyliłam.

W Polsce jest brzydko, edukacja plastyczna właściwie nie istnieje, a ten, kto dysponuje stosownymi funduszami, nie ma praktycznie żadnych ograniczeń – to wie już chyba każdy, kto czytał choćby jedną popularyzatorską książkę o architekturze i urbanistyce w Polsce. Z tego względu tak cenna wydała mi się rozmowa Kwietowicza z Trybusiem i Piątkiem, opublikowana niedawno jako Lukier i mięso, w której obaj Panowie starają się, choćby w niewielkim stopniu, dać odpór narzekaniu. Dziwnym trafem jednak argumentami przemawiającymi na rzecz optymistycznego patrzenia na przyszłość budownictwa w kraju były obiekty użyteczności publicznej lub mieszkaniówka o mocno podwyższonym standardzie, na dodatek najczęściej w Warszawie. Przyjmijmy więc, że jest bardziej źle, niż dobrze, ale nie tak do końca beznadziejnie. Piszę to, bo gruba skóra i pocieszenie, że coś przyzwoitego się czasami u nas buduje, będą bezcennym kapitałem na czas lektury Wanny.

Najnowsza książka Springera to zbiór reportaży, każdy z nich dotyka innego tematu: samowoli budowlanej, braku regulacji miejsc reklamowych, teoretyczności planów zagospodarowania przestrzennego, fantazji deweloperów (pozostających jedynie fantazjami) i ulubionych tematów amatorów architektury: grodzonych osiedli, płotów oraz pastelowych elewacji bloków. Okazuje się przy tym, że w Łodzi znaleźć można aż osiemnaście rzek, a warszawski Dworzec Wodny od ocalenia dzielił jeden jedyny dzień. Teksty obnażają bezmyślność rozmówców reportera i ich absolutne nieprzygotowanie do kształtowania wspólnej przestrzeni. Dialogi, które w każdej innej sytuacji wydawałyby się zabójczo śmieszne, tutaj straszą, bo pokraczne słowa wychodzą nie tylko z ust drobnych przedsiębiorców, ale urzędników oraz przedstawicieli władzy. Mówiąc o potworku Gołębiewskiego w Karpaczu, Zbigniew Maćkow, przewodniczący Dolnośląskiej Izby Architektów nawiązuje do republik bananowych. I rzeczywiście, pomyśleć można, że Polska to dzika dżungla, w której każdy robi co chce, a przyłapany – udaje idiotę.

– Dzwonię w sprawie waszych banerów.
– To nie nasze.
– Ale tam jest wasz numer.
– Ale nie powinien być. Są dwa, na ten drugi niech pan dzwoni.
– A wy nie jesteście brukarzami?
– No jesteśmy.
– Czyli baner jest prawdziwy.
– Nie jest, my z nim nie mamy nic wspólnego.
– No, ale numer się zgadza, bo się dodzwoniłem.
– Tak, ale tylko numer.
– I jesteście brukarzami.
– No tak, ale tamte banery to ktoś zupełnie inny wieszał.
– I pan go nie zna?
– Trochę znam. Ale pan coś chce ode mnie?
– Chciałem kostkę przed garażem wymienić.
– No to czemu pan od razu tak nie zaczął, tylko o tych banerach?

Wciągająca i dobijająca – taka jest Wanna z kolumnadą, chociaż uważam, że hotelowi Venecia Palace dostało się trochę na wyrost, ze względu na to, iż nie jest stonowany, na dodatek jego właściciel... cóż. Sam budynek wygląda mimo wszystko „oryginalnie i heroicznie” to dekorowana buda z gipsowymi zdobieniami bez ładu i składu, święto przesady i tandety, pięć minut w syntetycznym raju z fotoszopowanego folderu, prawdziwe dziecko Las Vegas. Tymczasem porozwieszanym to tu, to tam płachtom brakuje do tej zabawnej monumentalności bardzo wiele, są po prostu beznadziejne, a co gorsza, nikt nie wierzy nawet w ich skuteczność. Między jednym a drugim jest spora różnica.

Tekstowi towarzyszą, jak to w książkach Springera bywa, wykonane przez niego fotografie. Są bure, smutne, zwykle nie ma na nich ludzi, za to można liczyć na obfitość błota, bałagan urbanistyczny, tłok i realizację wyidealizowanych wizualizacji w dość nieidealnej rzeczywistości. Obraz nędzy i rozpaczy. Sam Autor stwierdza w wywiadzie dla Lubimy Czytać, że podczas pracy nad książką pozbył się wszelkich wątpliwości, ponieważ zrozumiał, iż nic się w Polsce nie zmieni. Ja natomiast, za Piątkiem i Trybusiem, wolę wierzyć, że będzie inaczej i jeszcze nie wszystko stracone. Kto miał rację, okaże się za kilka lat. Tymczasem idę pogapić się zza płotu na Marinę Mokotów.

Ola Lubińska

(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Czarne)

*To słowa Leszka Czarneckiego, wypowiedziane przy okazji otwarcia wrocławskiego Sky Tower. Poważnie.

środa, 10 lipca 2013

Co ty, k****, wiesz o prawdziwym życiu?

Aby się bać, niektórzy ludzie oglądają horrory. Ja jednak nie mogę zapewniać sobie podobnych rozrywek, ponieważ mnie się potem te potwory po nocach śnią i to jest problem. Mogę za to zrobić coś innego – wymyślać alternatywną rzeczywistość, równie straszną. W rzeczywistości tej wszystko jest à rebours, na przykład Wojciech Jagielski robi fotografie, a Krzysztof Miller pisze i byłoby okej, gdyby nie to, że te dwa światy jakoś zaczynają przeświecać, jeden przez drugi. Nie znam, nie widziałam żadnego kadru Jagielskiego, który zostałby opublikowany, natomiast Miller książkę wydał. W związku z tym zaraz postaram się Wam przekazać, na podstawie rzeczonej książki, dlaczego uważam, że rzeczywistość, którą mamy, z jedną tylko pozycją jego autorstwa, jest lepsza od klejonej przeze mnie.
Podczas długoletniej fotograficznej współpracy z „Gazetą Wyborczą” Miller zebrał sporo doświadczeń. Spośród nich wyselekcjonował zaś materiał do „13 wojen” – konflikty w Gruzji, Czeczenii, Kongu, Rumunii, w Górnym Karabachu, RPA, Afganistanie oraz Burundi. Zwykle pokazywał je na zdjęciach, ale oczy wraz z uszami, w przeciwieństwie do negatywu lub matrycy, rejestrują nieprzerwanie i o wiele więcej. Nadszedł moment w którym wszystko, co nawarstwiało się przez lata, eksplodowało; leczenie w Klinice Stresu Bojowego stało się dla fotografa koniecznością. Proces powracania do względnie normalnego stanu psychicznego zakończył się sukcesem; tymczasem ktoś zaproponował reporterowi spisanie wspomnień. Jedna eksplozja goni drugą, raz po raz przewijają się niezmiernie zajmujące postaci i sytuacje, jednak sposób, w jaki je przedstawiono, pozostawia sporo do życzenia.
Czernoriecze, dzielnica Groznego, wita mnie katiuszami, rakietami Grad, organami Stalina. Nie takimi typu nerki, wątroba, serce które można by wszczepić komuś innemu, potrzebującemu. Poważnie? Kurczę, już wyobraziłam sobie krwisty kawał stalinowej wątroby, który radośnie biegnie... i tak dalej.
Millerowi przydałby się jakiś inny Pan Redaktor, który by mu podsunął myśl, że autoterapia autoterapią, czasami jednak warto coś skreślić (O sklepie z winami i koniakami: Teraz witryna jest rozbita, towaru, czyli butelek, w sklepie nie ma), czasami zaś można skleić dwa zdania z jedno, używając choćby przecinka, a z listy synonimów i wyrazów bliskoznacznych wypada korzystać, kiedy zdarza się paląca potrzeba oraz że nie ma obowiązku natychmiastowego używania ich wszystkich. W wielu oddzielnych zdaniach. Zawierających często podmiot. A także orzeczenie. Czasami nawet dopełnienie. Którego mamy dwa rodzaje. Bliższe i dalsze. (Wiedziałem, że nie wystarczy mieć na zdjęciu podniesiony karabin. Musi być jeszcze atrybut dynamiczny. Wylatująca łuska, dym z lufy. Wtedy wiadomo, że zarejestrowany obraz to nie ściema. Nie fałszerstwo. Że to, co wylatuje z lufy, to prawda i absolut. Który dobrze wycelowany, gdy dosięgnie i trafi, to skończy. Skończy coś, kogoś. Przerwie jakąś myśl, marzenia, troski i rozterki. Nie będzie już odwrotu jak w komputerze, gdzie mamy wiele żyć. Jak ktoś pociskiem wyłączy, to na amen.)
Podobno każdy pisarz pisze dla swojego idealnego czytelnika. Nie bardzo wiem, jak wygląda czytelnik Krzysztofa Millera; może jest czterdziestolatkiem w bojowym hełmie z eBaya i spodniach khaki, lubiącym rwane zdania oraz męską narrację (cokolwiek by to miało oznaczać)? A może w ogóle nie istnieje i Autor nie zastanawiał się nad nim ni minuty, zwłaszcza że (do czego sam się pod koniec książki przyznaje) Miller pisać nie lubi, a i na pytanie: po co pisze? odpowiedzieć nie potrafi. Nie mam pojęcia. Wiem jedno – ja tym czytelnikiem nie jestem. Poza niespotykanie dużą dawką skrupułów i współczucia dla fotografowanych, wyborem świetnych zdjęć, paroma historycznymi nazwiskami oraz trzeszczącym stylem – co akurat do zalet nie należy – nie znalazłam w „13 wojnach” zbyt wiele.
Ola Lubińska
(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak)

środa, 8 maja 2013

Aziz i Raja

Nie wiem, czy to nie będzie nadinterpretacja i czy ktoś się ze mną zgodzi, ale mam wrażenie, że pisarzy-emigrantów, ludzi, którzy zostali ze względu na okoliczności zmuszeni do opuszczenia znanych sobie miejsc, da się bezbłędnie rozpoznać po stylu, za pomocą którego opisują rozsypane kawałeczki wspomnień. Styl ów, jedyny w swoim rodzaju, stanowi mieszankę smutku, rezygnacji, niespieszności oraz specyficznego ciepła i nie u wszystkich występuje w jednakowym natężeniu. Jerzy Stempowski, na ogół powściągliwy, w chwili, w której pozwala sobie na igraszki z własną pamięcią, zmienia ton. Necla Kelek, niemiecka dziennikarka tureckiego pochodzenia wspominając Stambuł swojego dzieciństwa pisze miękko i z sentymentem – ale tylko wówczas. Raja Shehadeh, przedstawiając w „Palestyńskich wędrówkach” własne sarhy, co i rusz mierzy się z tym, czego nie da się już odzyskać, a także z samym procesem utraty, odbywającym się na jego oczach i odbijającym w języku. Rzecz dotyczy również prozy Máraiego. Zresztą, kto wie, może nie tyle o miejsca chodzi, co o zawiedzione nadzieje, a także o świadomość prawdziwego kierunku zachodzących zmian, który przeczuwa się i wieszczy, chociaż nikt nie wierzy w przepowiednie. Tak było ze Stempowskim, spacerującym po powojennych gruzach, z Kelek – konfrontującą się po latach z mało przyjemnym obliczem Turcji, tak było z Esterą i Penelopą Sandora, Sindbadem, z Rają, któremu dwóch młodych chłopaków groziło bronią na tak bliskich mu wzgórzach. I z Kirke. Właściwie ze wszystkimi tymi postaciami, rzeczywistymi bądź literackimi, po latach zauważającymi, że stąpają już wyłącznie po gruzach. Może ojczyzna to sila, tęsknota za utraconym – zastanawia się Kelek. Pewnie ma rację.

W nowej książce Shehadeha kwestia konfliktu palestyńsko-izraelskiego pojawia się po raz kolejny; tym razem jednak staje się tłem, na którym dochodzi do innego starcia: pomiędzy rodzicem i dzieckiem. Aziz Shehadeh, prawnik, wizjoner, który pierwszych odwiedzających go po upadku Jerozolimy Żydów powitał kompletnym planem utworzenia dwóch równorzędnych państw, twardo stąpający po ziemi realista, wierzący niewzruszenie w rozwiązania polityczne. Po drugiej stronie jego syn Raja, równie charyzmatyczny, układający kwiaty, studiujący literaturę, potem prawo, założyciel organizacji al-Hak, skupiony na obronie praw człowieka i na zdobyciu akceptacji milczącego na ogół ojca. Obaj stają się, zgodnie z tytułem, „Obcymi w domu”, ludźmi, których porozumienie napotyka przeszkodę nie do pokonania: połączenie mocnych charakterów, niewypowiedzianych nadziei i pragnień oraz sytuacji politycznej, w jakiej przyszło funkcjonować obu mężczyznom.

Nieprawdopodobnie trudno jest podsumować tak osobistą książkę. „Obcy” to jednocześnie portret, próba rozliczenia się i opowieść o dojrzewaniu; zza tego wszystkiego prześwieca jednak cała feeria barw oraz kształtów krajobrazu dobrze znana z poprzedniego wydanego w Polsce reportażu autora. Młodszy Shehadeh pisze również o życiu na terenach Palestyny, o nielegalnych żydowskich osiedlach, skandalicznym traktowaniu palestyńskich więźniów, o sądownictwie i sobiepaństwie okupantów. Siłą tych fragmentów, podobnie jak w przypadku "Palestyńskich wędrówek”, jest absolutny brak zaciekłości. Raja niezmiennie pozostaje spokojnie zrozpaczony.

- Zadzwoń do Matildy Harb i przekaż, że nie możemy wykorzystać pełnomocnictwa, które nam przysłała. Każ jej odczytać ci tekst, zanim podpisze go u notariusza i sprawdź go dokładnie. Zrozumiałeś?

Aleksandra Lubińska

(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Karakter)

środa, 20 czerwca 2012

Bilet ulgowy

Zdarzyło mi się kiedyś przeczytać dowcip, który bardzo mnie ubawił. Właściwie nie był to dowcip, tylko rodzaj parodii hasła słownikowego, a brzmiał tak: Warszawa – pas szerokości około jednego kilometra, ciągnący się wzdłuż linii metra. Minęło trochę czasu, zanim przebiłam się przez własny śmiech i zdałam sobie sprawę z tego, że trudno będzie mi znaleźć bardziej trafny sposób opisania wszystkiego, co było mi bliskie. Ukorzeniałam się w rzeczywistości zupełnie tak, jakbym budowała termitiery, czy kopała mrówcze korytarzyki, pomiędzy którymi znajdują się jedynie niewiele znaczące zwały ziemi z napisem terra incognita, a ich zasięg pokrywał się mniej więcej z drogami, którymi autobusy jeździły po Wrocławiu. Miał w każdym razie w sobie coś z drążenia tuneli.

Myślę, że dotarło to do mnie mniej więcej w połowie trasy pomiędzy Rzgowem, a Łodzią. Po drodze trafił mi się najprawdziwszy koala, który z twarzy do złudzenia przypominał kilkupiętrową kamienicę z pionowym rządkiem ciemnych okien w miejscu nosa. Było to oczywiste kłamstwo, koala był jak najbardziej realny, podobnie, jak rzeczywisty był pewien paskudny budynek z wczesnokapitalistycznym napisem HUWNIA TEKSTYLIÓW. Może wyglądało to tak smutno, ponieważ po dwudziestu latach człon wczesno- odpadł bezpowrotnie, porywając ze sobą nieszczęsne RTO.

Jeżeli gdzieś chodziłam, to prawie zawsze było to następstwo odhaczenia rejonu przy pomocy komunikacji miejskiej; jeżeli miałam swoją okolicę, to zwykle najpierw była zdalna. Szerokie pyski autobusów i miękkie lądowania ich ciał na sprężynach amortyzatorów powodowały, że wszystko stawało się mało realne, a szczegóły ulegały rozmazaniu i nie bardzo chciało mi się wychodzić. Więc nie wychodziłam, drzwi się zamykały, potem zaś można było w spokoju żałować. Zazwyczaj przydreptywałam po jakimś czasie w ten sam punkt, aby dowiedzieć się, czy jeżeli wyjdę poza widziany przez szybę horyzont, to faktycznie spadnę z krańca świata prosto w jakąś
pierwotną zupę, albo zobaczę, że dekoracje są tak naprawdę płaskie i mają drewniane podstawki ze śmierdzącej sklejki. To jest rzecz jasna tylko metafora, jesteśmy dorośli i znamy takie triki. Z drugiej strony, nigdy do końca nie wiadomo.

Na przestrzeni dziesięciu lat woziły mnie 122, 409, 103 i 33. Potem przeprowadziłam się do Warszawy, ponad 400 kilometrów na wschód (albo wiele, wiele tysięcy na zachód) i zrobiłam to wszystko tylko po to, aby dalej powtarzać jedynie sześć cyfr z mojego inwentarza i to dokładnie w tych samych kombinacjach. Myślę, że gdybym wybrała się do Casnewydd albo do Abudży, to zawsze czekałyby tam na mnie autobusy 122, 409, 103 i tramwaj 33, i tak in saecula saeculorum albo ad usrandum, jak mawiał pewien Doktor.

Wrocławskie 122 jeździło od Nowego Dworu aż po Dworcową. Codziennie rano oglądałam gigantyczny DH Astra, któremu w latach 00. dobudowano pomalowany jaskrawo polip. Na nową część składały się sam spożywczy, kilka stoisk z akcesoriami do komórek oraz paskudny parking, którego wjazd wił się wokół stelażu, mającego chyba przypominać fasetowany diament. Całość, niezależnie od sentymentów, prezentowała się nieporównywalnie gorzej, niż rzgowska HUWNIA.
Czas w Astrze miał tendencję do drastycznego spowalniania. Jedynie tam można było kupić konsolę Nintendo w cenie, która obowiązywała trzy lata wcześniej, a zwyczajne zeszyty w cenie, która nie obowiązywała nigdy nigdzie indziej. Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko Astry, stał pusty plac, z tych placów, na których kiedyś znajdowały się budki handlowe, zburzone nie bardzo wiadomo po co, prawdopodobnie głównie po to, żeby kogoś zdenerwować. I pod inwestycję, która nie wypaliła, ale to już przy okazji. Na płocie powieszone zostały banery zapowiadające budowę centrum handlowego dla kobiet; miało być pięknie, tylko żel utwardzany światłem ultrafioletowym, przedłużane rzęsy oraz nowe ubrania, i tak do końca świata, przynajmniej tak można było pomyśleć, patrząc na różowe plakaty z których wylatywały kwiatuszki oraz motylki. Nie wiem, dlaczego centrum nie powstało; nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że mężczyźni zaprotestowali. Jakikolwiek byłby powód, banery zniknęły, płot zaczął padać partiami na kolana, podnoszony co jakiś czas w nocy przez krasnoludki albo jakichś równie niewidocznych pracowników, a wiatr do tej pory przerzuca w ponure dni kępki kurzu i trawy po całym terenie, przynajmniej tak sobie to wyobrażam. W autobusie 122, na przystanku koło kościoła i koło placu, pasażerowie prawą ręką robią dyskretny znak krzyża. Czasami, słowo daję, tracę pewność, czy to przypadkiem nie jest podzwonne.

Któryś z wiecznie zniecierpliwionych kierowców zamykał drzwi; od czasu do czasu można było przekonać się, ile ludzie są w stanie zaryzykować, łącznie z życiem i zdrowiem by dobiec w ostatniej chwili do autobusu. Jechaliśmy w każdym razie dalej, mijaliśmy niewykończone przejście nad dwiema trzypasmówkami, a na skrzyżowaniu skręcaliśmy w prawo, by dowiedzieć się, że WAKACJE CORAZ BLIŻEJ. 122 mijał Dolmed, również pokazowo nieurodziwy, a oprócz tego stary bunkier, przerobiony niedawno na Muzeum Współczesne. Nie żeby to robiono stopniowo, po bożemu, o nie! Po prostu któregoś dnia zamiast burego klocka pojawił się odnowiony budynek z ogromnymi napisami na froncie. Jakby ktoś go wyciął i wkleił po przerobieniu w programie graficznym. Łup! A niedługo potem na placyku obok Muzeum postawiono lokomotywę. Bardzo to było ładne i pomysłowe, bo lokomotywa na złość wszystkim stała pionowo, jakby wyjeżdżała prosto z jądra planety, zostawiała nas, nie rokujących najlepiej, w cholerę za sobą i odlatywała gdzieś daleko, daleko w górę. Mniejsza o to, że musiałaby robić co najmniej 11 kilometrów na sekundę. Mniejsza o to. 122 sunął dalej w kierunku pętli na Dworcowej, ale to były już tylko nudy; same drogocenne kamienice tak bardzo zabytkowe, jak to potrafią jedynie stare budynki.

409 za to zaczynał trasę w Leśnicy. Szczęśliwcy, których rodzicom zdarzyło się mieszkać bliżej centrum miasta okolice tego typu zwykli nazywać 'zadupiem'. Myśmy z kolei uparcie twierdzili, że „to wcale nie jest zadupie” i tak się toczyła nasza wyrafinowana wymiana zdań. Leśnica była piękna, najpiękniejsza; składała się z głównej arterii, trasy, która prowadziła przez most i park do mojego domu, kilku dobrze znanych mi ulic i Całej Reszty. Dla kogoś obserwującego to wszystko z zewnątrz Leśnica była zapewne brudnym, biednym przedmieściem, pełnym sypiącego się tynku i sypiających wśród tego tynku ludzi, którzy każdego ranka zatykali żałośnie dziurawą, jednopasmową ulicę, próbując się dostać do pracy. Nie ma jednak sensu zastanawiać się nad tym dłużej, bo wiadomo, że temu, kto patrzy z boku często brakuje niezbędnego obiektywizmu.

Siedząc na miękkim, wygniecionym tysiącami zadków siedzeniu koloru zaschniętej krwi, mijało się wielki młyn i długo jechało prosto, zwykle przez większość czasu stojąc w korku, a potem wymijając liczne budowy na Złotnikach. Niedługo potem trasę zmieniono, czyniąc ją jeszcze mniej urozmaiconą. Jakby się nad tym zastanowić, to to jest chyba wszystko, co pamiętam z 409. Pamięć działa na bardzo zabawnych zasadach.

Brodzką prawdopodobnie zawinięto kiedyś na kształt wstęgi Möbiusa, a ja miałam dużo szczęścia, że udało mi się z niej wyrwać po trzecim papierosie.
Brodzką się szło, szło, szło,









Zanim jednak można było na niej utknąć, należało do niej dojechać. Do liceum, na uniwersytet, do domu i na Brodzką właśnie dowoziła mnie pewna niezmiernej długości i bardzo uniwersalna linia. Drzwi autobusu numer sto trzy otwierały się po raz pierwszy na placu Solidarności, a po raz ostatni zamykały na Praczach Odrzańskich, po siedemnastu kilometrach i nieco ponad trzydziestu przystankach.

I tyle. Im bardziej się oddalam, tym mniej pamiętam; pozostają jedynie niewyraźne, przewijające się pasma oraz kilka charakterystycznych punktów, na które składa się obraz, dźwięk, zapach. I niezmiennie świetnie czytelna tabliczka z numerem linii.

(Bilet ulgowy zajął trzecie miejsce w organizowanym przez serwis Lektury Reportera konkursie na mikroreportaż.)