niedziela, 17 czerwca 2012

Dłoń, która sięga

Oczekując na przybycie książki Afrodyzjak zewnętrzny albo Traktat o biczyku, wyobrażałam sobie, że będę miała do czynienia z rodzajem pisanej prozą literatury sowizdrzalskiej – pełnej rubasznego humoru i niewybrednych żartów – albo z utworem, którego głównym zadaniem jest zaopatrywanie spragnionych czytelników w literaturę specyficznie erotyczną. Myślę, że co do tego drugiego mogłam mieć nieco racji, bo mało to prawdopodobne, żeby w toku dystrybucji książeczka nie trafiła raz czy dwa w ręce jakiegoś dojrzewającego dziewczęcia albo chłopięcia, lecz jej zasadniczy zamysł był inny. Wydany w 1788 roku Biczyk ma bowiem cechy traktatu naukowego, chociaż chwilami zamienia się w „ciosanie kołków”, a cały obiektywizm na widok habitu zmienia się w proch i pył. Ale o tym za moment. 

Tymczasem o treści: na osiemdziesięciu pięciu stronach François Amédée Doppet (znany z pierwszego wydania jedynie jako "D*****, lekarz"), francuski medyk wyjaśnia, zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy, działanie intensywnego biczowania na organizm, a zwłaszcza na przyrodzenie, opisuje skalę zjawiska i przedstawia galerię poukrywanych po lupanarach (i nie tylko) nieszczęśników, dla których flagellacja jest jedynym ratunkiem przed zupełną impotencją. Potem robi się jeszcze ciekawiej. Zaprawiony solidną dozą osiemnastowiecznego racjonalizmu styl Doppeta nie oszczędza żadnej spośród wziętych na celownik postaci. Dostaje się – i to raz za razem! – duchownym, żyjącym w niezgodnym z naturą celibacie, czerpiącym perwersyjną przyjemność z okładania się nahajkami, rodzicom oraz nauczycielom, których jedynym remedium na krnąbrność jest grzmocenie dzieci po tyłkach – czy to z powodu bezradności, czy też lubieżnej ciągoty do oglądania obnażonych zadków. Sam do rozpusty i libertyństwa – jak twierdzi – nie zachęca, napisane przez niego rozdziały wspomóc mają oziębłych małżonków, a poza tym doedukować cnotliwych ignorantów.

Tłumaczeniem książki z francuskiego zajął się Krzysztof Rutkowski, odpowiedzialny również za przekład Sztuki pierdzenia oraz Niebezpieczeństw onanizmu; oba tytuły zostały wydane przez słowo / obraz terytoria w ramach serii 10/15. Stylizowana polszczyzna zmienia Afrodyzjak zewnętrzny w klejnocik. Fani słów zapewne z wdzięcznością przyjmą 'krochmalca', 'struganie sterczydeł' i 'swędniki'. Język jest potoczysty, przepływa w naturalny sposób od tonu uczonego do zgryźliwej ironii. Całości dopełnia warstwa graficzna, mająca nawiązywać do estetyki wydań osiemnastowiecznych: z żywymi paginami zawierającymi pierwsze sylaby tekstu ze strony następnej, zdobieniami na początku i końcu każdego rozdziału oraz specyficznym krojem pisma.

Stanisław Salij, autor przycupniętego na końcu tomiku przeglądu ilustracji Flagellacja w czterdziestu obrazach, w posłowiu go zamykającym zauważa, że symbolika bata, neutralnego samego w sobie, zmienia się w zależności od ręki, która go dzierży. Podobnie jest z Biczykiem, pasującym akuratnie i do pracy naukowej, i do kieszeni podglądacza, który przez mały otworek w ścianie obserwuje kurtyzanę, grzmocącą starców pozłacaną dyscyplinką. Chociaż po prawdzie, format tej uciesznej książki wydaje się stworzony do ukrywania jej przed rodzicami i małżonkami po szafkach oraz zakamarkach.

(źródło: Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu słowo / obraz terytoria)

wtorek, 12 czerwca 2012

Funkcje krajobrazu

       „La terre bernoise”, niewielkich gabarytów książeczka z 1954 roku napisana po francusku przez Jerzego Stempowskiego, znakomitego eseistę i epistolografa, powróciła do obiegu czytelniczego po ponad dwudziestu latach od swojego pierwszego i (czego zapewne nie muszę pisać) dawno wyczerpanego polskiego wydania. Wypadałoby więc zakończyć to zdanie triumfalnym wykrzyknikiem: ! Nareszcie! Dziełko, wchodzące w skład serii „Podróże” Fundacji Zeszytów Literackich, jest typowym dla tego autora spacerem w pionie i w poziomie – czyli w czasie oraz przestrzeni. Na liczący nieco ponad sto stron wolumin składa się wprowadzenie, osiem rozdziałów, aneks w postaci listu eseisty do Zofii Małynicz oraz posłowie pióra Andrzeja Stanisława Kowalczyka, autora pierwszej monografii pisarza, której wyblakłe egzemplarze z 1997 roku leżą jeszcze w niektórych księgarniach.
       Stempowski był kopalnią wiedzy, całkowicie samobieżnym przewodnikiem, służącym do odczytywania prześwitujących to tu, to tam śladów przeszłości i starych zwyczajów, skrzętnie przysypywanych przez współczesność. Między okładką „Ziemi berneńskiej” czytelnicy eseisty odnajdą wszystko to, co w jego pisarstwie najlepsze: erudycję zdającą się nie mieć granic, spokojną narrację i głęboki humanizm. Pan Jerzy snuje subtelną opowieść o okolicach i historii Berna, do którego zbiegł w roku 1940 i w którym pozostał do śmierci. Jak to zwykle u niego bywa, rozważania na temat tego, co doskonale widoczne dla każdego, uzupełniane są przez umieszczenie ich w szerszym kontekście i zanotowanie szczegółów, pozwalających zaobserwować się jedynie wtajemniczonemu obserwatorowi. W miarę rozwijania każdej z opowieści to, że niemalże wszystko jest tekstem, staje się coraz bardziej oczywiste. Znaczenia nabiera położenie każdego elementu w przestrzeni, jego rodzaj i forma: ze szpaleru brzóz, zasadzonych nad rzeką pisarz odczytuje miejsce zamieszkania rybaka, kształt dębów mówi wszystko o ich funkcji i pozwala wywnioskować, że były to swego czasu drzewa pasterskie. Ilekroć stykam się z twórczością Stempowskiego, mam wrażenie, że trafiła mi się rzadka okazja obserwowania spotkania prawdziwego profesjonalisty z doskonale zaprojektowaną pod względem funkcjonalnym architekturą.
     Natura pisarstwa eseisty sprawia, że w jego utworach odsłaniają się struktury i powiązania, których istnienia trudno byłoby się domyślać. Rzadki i cenny dar łączenia świata w spójną całość, prosty oraz czysty język – z nieukrywaną radością stwierdzam, że w świeżo wypuszczonej spod prasy drukarskiej „Ziemi berneńskiej” wszystkie elementy stylu Stempowskiego znajdują się na swoich miejscach.

Na tym, droga Pani Zofio, moja opowieść dzisiejsza się kończy. Chciałbym wiedzieć jak najwięcej o Pani i będę wdzięczny za każdą wiadomość. Rączki Pani całuję i najserdeczniejsze życzenia na nadchodzący rok składam, szczerze oddany

J.S.


(źródło: Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Fundacji Zeszytów Literackich)

niedziela, 13 maja 2012

Warszawskie Targi Książki

Kilka godzin temu wróciliśmy z Rafałem z Targów Książki, co to się odbywają już od czwartku, a na które dostaliśmy się dzięki nieocenionemu portalowi Lubimy Czytać. Boże, czegóż to ja się nie dowiedziałam!

Po pierwsze, Zeszyty Literackie wydały (po raz pierwszy od lat 50.) Ziemię berneńską Jerzego Stempowskiego. Hurra, hurra, hurra! Książka ukazała się w serii podróżniczej (nie wiem, czy to prawdziwa nazwa, ale pozycje wchodzące w jej skład są połączone projektem okładek i tematem, więc...), tej samej, co W podróży Sandora Máraia*. 

Po drugie: Ongrys wznowił fantastyczną Antresolkę Profesorka Nerwosolka, której dystrybucją zajmuje się (o ile dobrze pamiętam) Gildia. Komiks jest przepięknie wydany i przepięknie drogi (250zł, na Targach można było kupić go za 199zł). Przy okazji pozdrawiam dziewczę, które teatralnie przewróciło oczami, kiedy zaczęłam się książką podniecać. Mam nadzieję, że Twój pies zarzyga Ci cały dywan, cześć.

Po trzecie - był Taschen! A na ich stoisku, bodaj najciaśniejszym i jednym z bardziej zatłoczonych, takie cuda jak: Scrapbook Cartiera-Bressona, kilka albumów Parra, wielkie tomiszcza agencji Magnum i inne rarytasy.

Po czwarte - i ostatnie - na najwyższym piętrze, w sektorze C, wśród stanowisk Karakteru, Czarnego, Gildii, Kultury Gniewu przyuważyliśmy śliczny, śliczny komiks: Somnambule. Niestety, zdążyłam go jedynie pobieżnie przejrzeć, ale styl rysunków zapowiada coś naprawdę fajnego. Zobaczymy, chyba dorwę, bo niedrogo.

______________________________________________________________________________
*Sprawdziłam odmianę. A jednak, 'Máraia'.

wtorek, 1 maja 2012

Witajcie, powracające zdania

Problem wywróconej na nice świadomości człowieka ocalałego z masakry, kłopoty z odnalezieniem się w rzeczywistości, która sprawia wrażenie rozpadającej się, obcej, coraz mniej istotnej – doświadczenie zła łączy w sobie wiele elementów. Pojawiają się one w różnych konfiguracjach w rozmaitych reportażach z całego globu, a także w książce Witajcie, powracające widma Kossiego Efouiego, Togijczyka, mieszkającego obecnie we Francji. Tym razem więc, dla odmiany, w powieści. Ale nie takiej znowu zwyczajnej, bo Widma to rodzaj antologicznej, fabularyzowanej relacji z całego wachlarza problemów Afryki, kompendium skompresowanego do dwustu czterech stron kompletnego bałaganu, który skrzętnie zamiata się pod dywan. Niby fikcja, ale jakoś bez przerwy przywodząca na myśl konkretne miejsca, czasy. Efoui osadza akcję swojej historii w zlepku rzeczywistych państw i miast, Glorii. Jaka tam Gloria! To przecież Rwanda! Albo RPA! Lub Uganda! Sudan może? – miałam ochotę zakrzyknąć, w zależności od tego, o czym autor napomykał ustami bohaterów. Trudno byłoby jednak z pewnością stwierdzić, który realny kraj autor przemyca najczęściej; a zresztą – po co? Gloria Grande to miasto-metafora, a Gloria Południowa i Północna to państwa-metafory, co do tego nie ma wątpliwości i to wystarczy.

Sytuacja bohatera (będącego jednocześnie narratorem), który wraca do ojczyzny po dekadzie od bratobójczych walk, jest nie do pozazdroszczenia. Wyjeżdżając pozostawił dwójkę swoich przyjaciół: cytującego (europejskich i nie tylko) klasyków nauczyciela Mozayę i Asafo Johnsona, z którymi niegdyś tworzył trupę teatralną, Teatr Dowodów Winy. Wraca do świata, z którym nie łączy go już właściwie nic. Paczka rozpadła się na zawsze, z powodów, których można się bez problemu domyślić (Rwanda! Rwanda!), a w powietrzu wciąż wisi smród wrogości, jaka rzadko się zdarza, na próżno przeganiany przy pomocy ślepej propagandy, o mocy odstraszania odoru porównywalnej do plastikowych kwiateczków. Akcja Widm będzie między innymi opowieścią o tym, co potem, walką o możliwość dalszego życia. Czy zakończoną sukcesem, czy porażką – ani myślę zdradzać. 

Witajcie, powracające widma jest książką bardzo nierówną. Perły są często rozdzielone partiami tekstu, który, mam wrażenie, możnaby spokojnie okroić bez straty dla stylu, a nawet dla fabuły. Wyrażenia powtarzają się, znienacka wyskakują dygresje, wersaliki. Narracja bywa to płynna, to chaotyczna i poszarpana. Nie tak bardzo, jak w innej powieści Karakteru, Kielonku Mabanckou, nie jest to bałagan formalny, a treściowy. Chaos zresztą nie jest nigdy wadą sam w sobie; problematyczne jest to, w jaki sposób autor usiłuje go ubrać w kubraczek języka i czy robi to z wdziękiem tancerki, czy słonia. (…)słowo ludzkie jest jak pęknięty kocioł, na którym wygrywamy melodie godne tańczącego niedźwiedzia, gdy chcielibyśmy wzruszyć gwiazdy. Widma nie są wprawdzie godne niedźwiedzia, ale wydaje mi się i u gwiazd niewiele zdziałają. Znajdują się gdzieś pośrodku. Pozycja niezła, ale nie genialna.

Jeszcze dwa słowa o oprawie graficznej; mowa przecież o Karakterze, który projektowanie książek w Polsce przeniósł na nowy poziom i sądzę, że wiele osób się ze mną zgodzi. Widma to cud wydawniczy. Prosta, niebieska okładka z białym kołem tytułu, do tego papierowa, nielakierowana obwoluta z wydrukowanymi po wewnętrznej stronie innymi powieściowymi propozycjami Karakteru; w środku Malaga i jej zaczepne k. Nie spotkałam się jeszcze w życiu z wydaniem, które tak dobrze leżałoby w ręku i tak łatwo poddawało różnym przyzwyczajeniom czytelniczym. Niezależnie od tego, czy tomik trzyma się w jednej ręce, w obu, w powietrzu, czy kładzie na stole – zawsze będzie łatwo, przyjemnie i bezproblemowo. 

(Za egzemplarz powieści dziękuję Wydawnictwu Karakter i portalowi Wywrota.pl)

Kossi Efoui, Witajcie, powracające widma
Wydawnictwo Karakter
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 420

sobota, 28 kwietnia 2012

.

Czy miały zostać załączone pliki?

Twoja wiadomość zawiera wyrażenie „Załączam”, ale nie załączono żadnych plików. Czy mimo to wysłać wiadomość?

- zapytała mnie dzisiaj poczta Gmail, chociaż jedyne co załączałam, to wyrazy szacunku.

.

Wszystko w porządku analfabetycznym.

niedziela, 15 kwietnia 2012

.

Czuję, że wszystko, co składało się na moją przeszłość albo już dawno uległo rozpadowi, albo niedługo się zawali. Ludzie będą niedostępni lub martwi, miejsca nieosiągalne. Zostaną jedynie wyobrażenia i niczego nie da się naprawić. Nienawidzę zmian, jestem przerażona. Łapię kawałki próbując je skleić, albo przynajmniej zebrać do kupy. Na próżno.