Dzień dobry, nazywam się Ola, a to jest kolejna próba pojęcia niemożliwego.
(Miejsce na Twój ulubiony górnolotny cytat o książkach)
niedziela, 25 stycznia 2015
R jak Rams, S jak slums
Mnóstwo ciekawych anegdotek, historii z życia, masa informacji o
dziejach przedmiotów, zjawisk, czasopism, mód; garść nazwisk, sporo
polemik, wszystko subiektywnie wyłowione ze współczesności przez
rozmiłowanego we wzornictwie oraz architekturze autora i przedstawione w
formie krótkich haseł-rozdziałów, ułożonych w porządku alfabetycznym –
to znajdziecie w środku. Dla tych, którym podobał się wydany niedawno
przez Karakter „Język rzeczy”, „B jak Bauhaus” - kolejna przełożona na
polski książka Deyana Sudjica - będzie stanowić miłą, choć trochę
bardziej chaotyczną kontynuację. Styl i zajmujący sposób opowiadania
pozostały, na szczęście, w niezmienionym stanie, a w połączeniu z
fragmentarycznym charakterem książki (chyba nikt nie wierzy naprawdę, że
„upodobania” da się zamknąć w ośmiu stronach!) sprawiają, że każdy z
rozdziałów przypomina małą gawędę, która po zakończeniu pozostawia
apetyt na więcej. Narracja biegnie dość swobodnie: „manifest” na
przykład zaczyna się wprawdzie od manifestu (Corbusiera), kończy jednak
całkowitym skupieniem na postaci Rema Koolhaasa. Wybór haseł jest równie
interesujący: „czar kolekcjonowania” obok „tożsamości narodowej”,
„zamka błyskawicznego” i pisma „Blueprint”. Sudjic poświęca także (ku
mojej nieskrywanej radości) osobny rozdział grze komputerowej „Grand
Theft Auto”, dokonując pogłębionej, to znaczy wychodzącej poza
zwyczajowe lekceważenie, analizy tej formy sztuki.
Zaskoczył mnie format i wygląd. Po małym, powalająco zgrabnym „Języku
rzeczy” spodziewałam się czegoś podobnego, tymczasem z poprzednika
została tylko Calluna. „B jak Bauhaus” nie przypomina już książki
podróżnej – jest spory, w twardej oprawie i, pomimo lżejszego papieru, w
ogólnym rozrachunku dużo cięższy. Wydanie zyskało za to świetną
ilustrację na okładce; przypomina plansze w dwuwymiarowych grach point'n'click:
chaotyczne nagromadzenie szczegółów, które w miarę przyglądania się
stają się nieco bardziej jasne. Jumbo Jet, Gropius, krzesło Eamesów, a
nad nimi cytrusowy pająk Juicy Salif i grzyb atomowy (będący w
rzeczywistości mięciutką poduszką). Fantastyczne. Polskie wydanie jest
pod tym względem dużo ładniejsze niż oryginał, chociaż brakuje mi
ciekawych stron początkowych każdego z rozdziałów, które znajdowały się w
angielskiej wersji książki. Nie można jednak mieć wszystkiego.
Zrezygnowano także ze specyficznego pomarańczu poprzedniej książki
Sudjica, decydując się na żółć. „Język rzeczy” przywodził mi na myśl
klasy w tysiąclatkach, malowane do połowy wysokości ściany śliską farbą
olejną; „B jak Bauhaus” jest przyjemniejszy dla oka.
W eseju o Levi-Straussie Susan Sontag zauważyła, że każda wielka książka nosi znamiona absolutnie osobistej.
Trudno się z nią nie zgodzić. Nie wiem wprawdzie, czy zdradzanie
czytelnikom, jak bardzo wyłożony śmieciami jest samochód autora albo
jakie ubrania nosił w czasach młodości to jest dokładnie ten rodzaj
„osobistego”, o jaki jej chodziło, lecz każdy z tych szczegółów świetnie
sprawdzał się podczas czytania. Nie wiem też, czy „B jak Bauhaus” to
książka „wielka”, ale „świetna” i „wciągająca” brzmią nie gorzej. To
kolejne wcielenie Sudjica dociekliwego, zastanawiającego się nad naturą
takich zjawisk, jak „dizajn krytyczny” czy „ornament” i zadającego
mnóstwo pytań. Jedynym przykrym uczuciem, które pozostało mi po
(podwójnej!) lekturze to żal, że nigdzie nie można obejrzeć marynarki od
Margaret Howell czy autentycznej (cokolwiek to znaczy) fishtail parki autora.
Ola Lubińska
(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Karater)
Łuskanie postaci
Wariacka powieść podmiejska osnuta na kanwie zabawy w głuchy telefon –
tak w skrócie można opisać „Psią trawkę” Queneau. Kto mieszkał kiedyś w
malutkich miasteczkach albo bywa na wsi, kojarzy być może duszną
atmosferę, w której ludzie podsłuchują to, co nie przeznaczone dla nich,
słyszą z tego tylko połowę, rozumieją jeszcze mniej i dopowiadają sobie
całą resztę. Na farsę – materiał idealny. Tyle tylko, że z początku nic
jej nie zapowiada. Czytałam blurb z tylnej części obwoluty,
obiecujący mi jakiś skarb, polowanie. Tymczasem mija kilkadziesiąt stron
i widzę coś zupełnie innego. O co chodzi?
Piotr Wielki, miłośnik obserwowania przemykających przez miasto
płaskich ludzkich sylwetek, po kilku latach rutynowego przesiadywania w
kawiarni całkiem niespodziewanie skupia się na jednej, a im więcej uwagi
jej poświęca, tym bardziej ta wyodrębnia się, tym bardziej się
uniezależnia i tym mniej wiadomo o niej z góry. Zaintrygowany, podąża za
nią aż na przedmieścia, jak autor, który znienacka postanowił wkraść
się pomiędzy swoich bohaterów, albo kolejna postać, albo diabli wiedzą,
kto jeszcze. A tam, wśród zbyt ciekawskich oczu i zbyt chłonnych uszu,
okładkowe zapowiedzi zaczynają się spełniać.
Przetłumaczona po raz pierwszy na język polski powieść może się
wydawać surrealistyczna i przypadkowa, jednak tylko wtedy, kiedy
czytelnik nie wie nic o OuLiPo, o pisarskim credo Autora, słowem –
kiedy nie ma pojęcia, co tak naprawdę czyta. Nie dajcie się zwieść.
Queneau był jak Flaubert: programował dzieła z bezlitosną
skrupulatnością; elementy zazębiają się, odbijają i rymują w nich wedle
skalkulowanych wytycznych, zaś wszelki chaos jest jedynie pozorem.
Zresztą, o „Psiej trawce” można pisać tak, jak pisze się czasem o
arcydziele Flauberta. Niezbyt uważni czytelnicy „Pani Bovary” zarzucają
autorowi miałkość bohaterów, którym trudno współczuć, z którymi nie
bardzo da się utożsamić i w ogóle nie wiadomo, co z nimi począć.
Rzeczywiście, bez zdolności do zauważenia korespondujących ze sobą
znaczących detali arcydzieła formowane w oparciu o szacunek dla ścisłej
dyscypliny tracą część swej urody. Czy dzieje się tak w przypadku nowego
Queneau? Niekoniecznie. Ponieważ Pan Raymond był świetnym pisarzem,
teoretyczny szkielet może spokojnie pozostać niezauważony pod solidną
warstwą mięśni i dopóki nie uznacie za cel swojego życia wyławianie
„reguł równie ścisłych jak reguły sonetu” przy pogłębionej lekturze, nie
musicie poświęcać temu zagadnieniu ani chwili, by całkiem dobrze bawić.
Ola Lubińska
(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu WAB)
piątek, 13 czerwca 2014
Nieskończenie Dobre Intencje
Kiedy w 1906 roku Maksym Gorki przyjechał z wizytą do Stanów Zjednoczonych, zdarzyło mu się odwiedzić Coney Island, opanowaną wówczas przez monstrualnej wielkości lunaparki. Zszokowany, opisywał odrażające rozrywki mas, odpychającą estetykę wesołych miasteczek, kulturę odłażącej farby i gwałtownych wrażeń, nie do pogodzenia z jego wrażliwością europejskiego intelektualisty. Gorki wyjechał, ale na tym się nie skończyło; niedługo potem nowojorskie elity, równie przerażone preferencjami plebsu, zaczęły dążyć do przekształcenia tych terenów w eleganckie parczki. Rem Koolhaas, który opisuje całą tę historię w swoim znakomitym i zaskakującym „Delirycznym Nowym Jorku”, znalazł bardzo udatne zbiorcze określenie dla podobnych ambicji: to Urbanistyka Dobrych Intencji.
Piszę o tym wszystkim we wstępie do recenzji „Pełni architektury” Waltera Gropiusa*, ponieważ związana z zagadnieniami urbanistycznymi i architektonicznymi oferta wydawnicza kilku ostatnich lat wygląda jak ilustracja dwóch ścierających się tendencji: po jednej stronie mamy wspomniane Dobre Intencje (m.in. Corbusiery, Loos, Hansenowie), z drugiej zaś – rozmarzony ('hedonistyczny') heroizm („Uczyć się od Las Vegas” i Koolhaas właśnie), mający chyba wpływać tonizująco na miłośników modernizmu. Poza tym, wydawnictwo Karakter obiecywało mi, że nowoczesność Gropiusa jest mądra, wrażliwa, demokratyczna, ja natomiast, będąc już po lekturze, zastanawiam się nad charakterem tej demokratyczności. Zasadnicze pytanie testowe brzmi: czy Gropius zaakceptowałby Coney, czy zgodziłby się na Vegas? Nie jestem pewna, jak brzmiałaby odpowiedź.
Przygarść szczegółów: szesnaście rozdziałów „Pełni architektury” podzielono na cztery części. Pierwsza w całości została poświęcona zagadnieniom kształcenia projektantów oraz architektów, w drugiej autor skupił się na zadaniach i roli współczesnego architekta, w trzeciej – na urbanistyce, natomiast czwarta składa się z jednego tylko tekstu, późnego tytułowego eseju „Pełnia architektury”. Tak z grubsza prezentuje się formalny układ książki, ja jednak chciałabym zwrócić uwagę na coś, co go rozsadza. Podczas lektury towarzyszyło mi ciągłe wrażenie, że eseje są bardzo nierówne. „Nierówne” znaczy tu tyle, że łagodniejsze w tonie teksty, np. Problemy „serca miast“ sąsiadują z takimi autorytarnymi, znanymi z książek Le Corbusiera zespołami dobrych rad do zastosowania w każdych warunkach, jak „Socjologiczne przesłanki dotyczące mieszkań o minimalnym standardzie miejskiej ludności przemysłowej”, gdzie na dodatek napotkać można swobodnie przechadzający się ewolucjonizm. Skrajna racjonalizacja spotyka się z nie-tak-znowu-skrajną racjonalizacją, a powód tej sytuacji jest bardzo prosty – „Pełnia architektury” jest zbiorem esejów pisanych przez Waltera Gropiusa na różnych etapach jego życia, w tym przypadku od 1929 do 1953 roku. To pewnie oczywiste dla historyka architektury, laikowi jednak zauważenie faktu może pomóc zrozumieć, dlaczego ton i nastroje w różnych partiach tekstu tak się różnią.
Moje koncepcje często są odczytywane jako kulminacja racjonalizacji i mechanizacji, co wypacza przyświecające im intencje - pisze Gropius. O, Intencje jego są zapewne Dobre, ale czy tego samego nie można by powiedzieć o Plan Voisin i o Przyczółku Grochowskim? I dalej: zawsze bowiem podkreślałem, że drugi aspekt – satysfakcja duchowa – jest tak samo istotny jak aspekt materialny, a nowa wizja przestrzenna oznacza więcej, niż oszczędność strukturalną, czy funkcjonalną perfekcję. Wygląda doskonale, jednak już w następnym zdaniu Gropius definiuje Piękno: Kiedy określamy ludzką twarz jako piękną? Choć każdy jej element jest adekwatny do określonego celu, dopiero harmonijne połączenie idealnych proporcji i odcieni uzasadnia sięgnięcie po komplement z najwyższej półki – wtedy mówimy o pięknie. Ta sama zasada obowiązuje w architekturze, gdzie tylko doskonała harmonia funkcji technicznych oraz proporcji może doprowadzić do powstania czegoś pięknego. Wybaczcie mi przydługi cytat, on jednak bardzo dobrze ilustruje moje wątpliwości: kiedy mowa o pięknie, czy jakiejś innej względnej wartości, Gropius często (im wcześniejszy tekst, tym bardziej pewny jest swego, należy zwrócić na to uwagę) wyciąga z kieszeni podręczny zestaw zasad.
Wracając do różnych drobnych sprzeczności, które stały się dla mnie głównym bohaterem „Pełni architektury”. Dziesięć lat po wypuszczeniu na świat przytoczonego przeze mnie powyżej cytatu, Autor mityguje się i stwierdza: Za każdym razem, gdy człowiek ulegał przekonaniu, iż znalazł „piękno wieczne”, popadał w imitację i stagnację (może to stąd chlebaki w stylu Bauhaus?). Wystarczy przyjrzeć się tekstom, a potem ułożyć je chronologicznie, aby uzyskać sugestywną ilustrację tego, jak bardzo i w jak krótkim czasie „Zeitgeist” może fiknąć zaskakującego dla niektórych koziołka. W czasie fetyszyzującym modernizm to cenna lekcja.
Ola Lubińska
(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Karater)
_____________________________________
*Ponieważ sam Gropius już we wstępie pomstuje na przyklejane mu etykietki, nie będę pisać, kto to i co zaczynającego się na 'b' założył w Weimarze w 1919 roku, bo robią to za mnie wszystkie pozostałe teksty o tej książce.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Interpretacja to prawdziwa orka
Hmmm.
Sztuka współczesna to
jest coś takiego, jak Bóg. Kiedy mówisz o Bogu, prawdopodobnie
usłyszysz, że tylko biedny, otumaniony idiota może wierzyć, iż
to ma sens, bo naprawdę chodzi wyłącznie o oszukiwanie ludzi,
którzy pragną być oszukani. Tak będzie twierdzić połowa Twoich
słuchaczy. Druga połowa zarzuci pierwszej kompletny brak
zrozumienia oraz złe podejście. I kiedy te dwie grupy skoczą sobie
do gardeł, Ty będziesz mógł w spokoju zastanawiać się, jak
sprawy mają się w tak zwanej rzeczywistości.
A jak się mają?
Trudno powiedzieć.
Zgodnie ze wstępem do
tekstu o metaforze autorstwa Maxa Blacka*,
wszystko, co traktujemy w kategorii sztuki, będziemy w stanie
zinterpretować jako sztukę. W czasach, w których pozbawieni
zostaliśmy jako odbiorcy tego niezawodnego kryterium oceny dobrego
dzieła, jakim była niegdyś (przynajmniej w malarstwie) doskonała
sprawność techniczna plus realizm, trudno jest nie kwitować
znaczącym fuknięciem wernisaży, czy performansów. Tym bardziej,
że „[...]
sztuka staje się w coraz większym stopniu domeną specjalistów.
Najciekawsze i najbardziej twórcze dokonania artystyczne nie są
dostępne dla osób o wykształceniu ogólnym -- mówią
wyspecjalizowanym językiem i trzeba włożyć wiele wysiłku w ich
odczytanie. [...] Paralela między zupełną niezrozumiałością
sztuki współczesnej a nowoczesnej nauki jest zbyt wyraźna, by ją
przeoczyć.“ (To
Susan Sontag i myślę,
że ma rację.)
Czekając
na Przewodnik
po sztuce współczesnej
Susie Hodge wyobrażałam sobie przewrotną i zabawną książkę,
zdatną
do polecenia tym,
którzy do dokonań Hirsta albo Emin mają stosunek może nie wrogi
(na to nie pomoże nic, to
kwestia oprogramowania mózgu),
ale jeszcze nieokreślony. Uroczy podtytuł – Dlaczego
pięciolatek nie mógł tego zrobić?
– podsycał jedynie moje nadzieje. Co zostało z nich po lekturze i
dlaczego tak niewiele?
Po
pierwsze: wspominając o pięciolatku, Hodge była śmiertelnie
poważna. Wcale nie wymyślała (o
czym byłam przekonana do samego końca)
chwytliwego
hasła
na okładkę,
ale tworzyła główny punkt zaczepienia całego kompendium. Każde
opisane przez
nią dzieło zostało opatrzone krótką notką, wyjaśniającą
całkiem serio, dlaczego dziecko nie mogłoby wykonać
danego obiektu.
Problem
w tym, że lwią
część
tych zapisków streścić by można mniej-więcej tak: „Wiecie
co,
pięciolatek
jak najbardziej mógłby to zrobić,
ale nie mógłby tego wymyślić.”
Pokażę
to na przykładzie. Kroki Marclaya, strona 166-167.: „[...]dziecko
umiałoby pokryć podłogę płytami i zaprosić ludzi do chodzenia
po nich, ale czy po to, żeby jak Marclay, badać związki między
wzrokiem i słuchem?”
Po
drugie: nie
jestem pewna,
czy
jedynymi ludźmi, których Hodge przekona swoją
książką
do sztuki współczesnej, nie
będą
przypadkiem
miłośnicy
sztuki współczesnej. Oto komentarz
do Olympii Cy Twombly'ego:
Porównywany często do dziecięcych bazgrołów obraz wydaje się wystarczająco nieskomplikowany, aby mógł wykonać go pięciolatek. Ale te rozrzucone w nieładzie bazgroły nie są, jakie są, z powodu braku umiejętności. Są próbą wejrzenia w egzystencję człowieka, kontemplacją i szukaniem związków z klasyczną sztuką i literaturą. To odważna konfrontacja z postawą tak pewnych siebie ekspresjonistów abstrakcyjnych, która trudno poddaje się analizie, tak jak dziecięca bazgranina.
„Próbą
wejrzenia w egzystencję człowieka”. Ci,
którzy nawet Pollocka uznają za bezsensowne bazgroły,
po przeczytaniu tak oczywistego
i jednoznacznego
wyjaśnienia z pewnością doznają
oświecenia, po czym
migiem pobiegną do Zachęty, pomstując
na lata
życia w ignorancji. W
związku z tym pojawia się pytanie: kto ma kupić książkę
jednocześnie zbyt abstrakcyjną dla laików i zbyt oczywistą dla
znawców tematu?
Oraz
drugie: czy jakakolwiek książka zdoła przekonać amatorów,
by porzucili opozycję ładnie-nieładnie dla intelektualnych
metafor? I trzecie: właściwie
dlaczego
mieliby to robić, skoro
– jak udowadnia gros dzieł, nawet w samym Przewodniku
– można mieć to
wszystko,
a
nawet
jeszcze więcej?
Wyjątkowo
dobrze
opracowane
są natomiast
strony otwierające każdy z pięciu rozdziałów. Umieszczono
na nich jednokolorowe kształty wszystkich dzieł wraz z tytułami,
numerami stron oraz skalą. Pozwala ona zorientować się w
rozmiarach prac oraz porównać je wzajemnie. Pierwszy
raz spotkałam się z takim rozwiązaniem i uważam je za bardzo
przyjemne.
Przewodnik
w
ogóle jest
udany pod względem wizualnym; także format, choć dość nietypowy
(książka ma ok.
14cm x 20cm)
świetnie sprawdza
się w podróży. To
oraz fakt, że dzięki Hodge obejrzeć sobie można zestawienie
problematycznych-acz-uznanych dzieł od Muncha do Ai Weiweia, a także
poczytać o kontekstach historycznych, zamykają listę pochwał.
Każda
książka o zbliżonej tematyce przybliża mnie do uznania
prawdziwości wniosku, że sztuka współczesna już absolutnie,
w stu procentach nie nadaje się do tego, aby o niej mówić, a
ewentualnie do medytacji, w
której
zdumiewające skojarzenia, czy niezwykłe metafory uruchomią nowe
procesy myślowe, bądź nie, a
to, czy ów proces się dokona, zależy w równym stopniu od
indywidualnego oprogramowania, co wiary.
Używałam
anegdoty
Maxa
Blacka, by przypomnieć, że żyjemy w świecie, w którym i wiersze,
i sensy w ogóle, i interpretacje, i dzieła sztuki są tam, gdzie
ich szukamy. Jeżeli nie chcemy szukać, zależy nam natomiast,
by treści zostały dostarczone, zauważymy jedynie drwinę z naszego
zdrowego rozsądku. Poza
tym wierzę
w Czynnik
X. Czynnik
X to jest coś nieopisywalnego, co sprawia, że jakieś dzieło, jego
kompozycja, czy jakiś maleńki element (a
prawdopodobnie to wszystko razem)
chwyta Twój umysł w kleszcze, by już go nie puścić. Znowu
zacytuję Sontag: „Nie potrzebujemy hermeneutyki a erotyki sztuki”.
Nie
potrzebujemy tak
bardzo
intelektualnego gadania i suchych interpretacji, jak
„telltale tingle”, dreszczu,
płynącego
przez kręgosłup, który
nie jest wynikiem odczytywania dzieła ani umysłem, ani sercem.
Czy Hodge jest w stanie wskazać Czynnik
X? Nie wydaje mi się; jej
wyjaśnienia to mariaż umysłu wytrenowanego w poszukiwaniu znaczeń
i znajomości historii sztuki, a słowo 'piękno' nie pojawia się
chyba ani razu.
Czy Czynnik
X
jest obecny w przynajmniej niektórych pracach z Przewodnika?
No
pewnie,
tylko
spróbujcie się z tego doktoryzować.
***
***
Kiedy
mój partner i ja poszliśmy po raz pierwszy na wystawę sztuki
współczesnej, jego umysł był programowo
zamknięty, mój zaś – programowo
otwarty na
oścież,
razem z framugami, tak
że, zgodnie z powiedzeniem, mózg
łatwo mógł
z niego wypaść i klasnąć mokro
o posadzkę.
Rafał
odrzucał każde dzieło, do odczytania którego trzeba było
przebrnąć przez traktat filozoficzny, natomiast ja byłam tak
zajęta czytaniem traktatów, że obrazy i rzeźby były mi w
zasadzie niepotrzebne. Czy
to nie jest doskonała ilustracja, która mówi więcej, niż tysiąc
słów?
Po
dłuższym czasie nabrałam przekonania, że każde z nas
doświadczało jedynie połowy tego, co nam oferowano. Z
perspektywy czasu uważam, że szczególnie udana metafora (bo tak
postrzegam dzieła sztuki współczesnej) może
przynieść tyle samo czysto
estetycznej przyjemności, co dzieło 'ładne', ale
przestałam się zgadzać na absolutną negację 'ładności'.
Zauważyłam
dodatkowo,
że oboje otworzyliśmy się mniej-więcej wtedy, kiedy przestaliśmy
traktować to wszystko Tak Strasznie Poważnie.
Ola
Lubińska
(Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Lubimy Czytać. Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Arkady)
______________
*Streszczenie
dla niepolonistów: do sali, w której wykłada Max Black, wchodzi
nowa grupa studentów, tuż po tym, jak opuściła ją poprzednia.
Na tablicy pozostały luźne zapiski z zakończonych ćwiczeń,
wyrażenie pod wyrażeniem, które przy minimalnym wysiłku woli
pomylić by można z wierszem. Black postanawia zrobić eksperyment:
prosi młodych ludzi, żeby zajęli się interpretacją rzekomego
utworu i, zachwycony, obserwuje, jak spójne rzeczy można wymyślić,
wykorzystując jedynie wiarę w obecność dzieła.
poniedziałek, 24 marca 2014
O sztuce (europejskiej)
To trochę skrajne, ale czasami wydaje mi się, że zastosowanie brzytwy Ockhama w praktyce w stosunku do książek mogłoby przynieść całkiem niezłe efekty. Zamiast miliona albumowych wydawnictw, szkiców oraz antologii, setek wariacji tych samych twierdzeń – tylko jedna-dwie pozycje o statusie biblii na dziedzinę. Moja lista propozycji jest na razie bardzo krótka: Film Art. An Introduction, Elementarz stylu w typografii, Biologia, Literatura europejska i łacińskie średniowiecze oraz O sztuce Ernsta Gombricha. A już całkiem na poważnie; takie książki, opisywane często na skrzydełkach okładek jako „epokowe“ albo „najpopularniejsze“, rzeczywiście tworzą jakąś oddzielną kategorię. Być może nie są najbardziej szczegółowe, calkiem możliwe, że zupełnie nie nadają się do bycia jedynym źródłem wiedzy na poziomie uniwersyteckim, ale ich gawędziarski charakter jest tak ujmujący, że wprost nie można im się oprzeć. Sprecyzuję początkową tezę: więcej historii, mniej dyskursywizacji.
Gdyby Steven Spielberg kręcił film o najlepszych wakacjach życia, a Stephen King pisał kolejną część To, O sztuce byłoby pozycją, którą ich bohaterowie bez najmniejszego zgrzytu mogliby z wypiekami na twarzy czytać pod kołdrą przy latarce, przeżywając coś naprawdę ciekawego. Gombrich już we wstępie otwarcie stwierdza, że pisze głównie z myślą o młodzieży, stwierdzając chwilę później: "Nigdy jednak nie uważałem, że książki dla młodych ludzi powinny różnić się od książek przeznaczonych dla dorosłych, poza tym, że muszą się liczyć z najbardziej wymagającą częścią krytyków – krytyków, którzy natychmiast wykryją i odrzucą każdy ślad pretensjonalnego żargonu, czy fałszywego sentymentu." I jak tu się nie zgodzić?
O sztuce otwierają Przedmowa oraz błyskotliwe napisane Wprowadzenie, po nim zaś następuje dwadzieścia osiem rozdziałów, w których autor płynnie i z zaraźliwym zamiłowaniem przechodzi od sztuki najstarszej do nowszej, kończąc refleksyjnie mniej-więcej na latach 80. XX wieku i zastanawiając się nad kształtem oraz kierunkiem rozwoju sztuki współczesnej, przewidując zawarcie pokoju pomiędzy malarstwem a fotografią i zamykając tekst rozważaniami o rzeźbach gotyckich. Co ciekawe, ten fragment jest stosunkowo nowy. Opracowując w latach 1950-1995 szesnaście wersji O sztuce, Gombrich postanowił zamienić Postscriptum z jedenastego wydania w samodzielny rozdział, dopisując do niego z kolei następny fragment umożliwiając swoim czytelnikom doświadczanie chwili, w której relatywnie bliska przeszłość staje się zapisem historycznym. Dwudziesta ósma cześć dzieła wydaje się być jeszcze bardziej osobista, niż cała reszta.
W związku ze specyficzną grupą, do której autor adresował swoje opowieści, książka nazywana bywa „wprowadzeniem“ i jest to bardzo trafne określenie. Skutek jest taki, iż wprawionemu miłośnikowi sztuki niektóre stwierdzenia mogą się wydać banalne; nie potrzebuje on wyjaśniania, że cierpliwy realizm nie jest jedyną formą twórczości zasługującą na uwagę, a niebo nie zawsze jest po prostu niebieskie, materiał faktograficzny tomu jest jednak bardzo obszerny i pełen ciekawostek, narracja wynagradza wszystko, a całości dopełniają setki ilustracji. O sztuce ma jeszcze jedną cechę charakterystyczną, którą można uznać za wadę i to jest mój największy zarzut, chociaż nie pozbawiony odrobiny zrozumienia: to pozycja zdecydowanie europocentryczna, a dzieła innych kultur oraz kontynentów są tu jedynie dodatkiem (według obliczeń Jamesa Elkinsa poświęcono im zaledwie 23 z 637 stron). Wolałabym nie dostrzec tego w dziele pretendującym do bycia kompendium.
Najsłynniejsze dzieła są w istocie często najwspanialsze pod wieloma względami, napisał Gombrich. Ciekawe, czy wiedział, że pisze też o swojej własnej książce?
Aleksandra Lubińska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Rebis)
czwartek, 5 grudnia 2013
Mroczne afrykańskie safari
Nie
da się chyba napisać ani jednego słowa o Afryce nie będąc
Autorem przekonanym, że to właśnie on uzyskał dostęp do źródła
Wiedzy Absolutnej, skarbnicy niezawodnych rozwiązań i
niezastąpionych słów.. Binyavanga Wainaina ujął to zgrabnie przy
pomocy jednego zdania: „Africa is to be pitied, worshipped or
dominated. Whichever angle you take, be sure to leave the strong
impression that without your intervention and your important book,
Africa is doomed”. To
fragment ze wspaniałego, prześmiewczego artykułu How to write
about Africa. Na
samym początku przeczytać można: „Always use the word
'Africa' or 'Darkness' or 'Safari' in your title.”
Safari mrocznej gwiazdy
też brzmi nieźle, prawda?
Paul
Theroux, amerykański autor zniechęcony własną dyspozycyjnością
wobec pracodawców i przyjaciół w USA, po bardzo długiej przerwie
wyjeżdża do Afryki. Marzy mu się podróż z północy nad
południe, od Egiptu do RPA. W trakcie wojaży zamierza odwiedzić
Malawi, w którym spędził całe dwa lata (1963-65), nauczając
języka angielskiego. Wraca, dowiaduje się, że w wielu miejscach
(włączając w to jego dawną szkołę) panuje spory rozgardiasz po
czym rozżalony, przybity i wściekły na świat oraz na organizacje
charytatywne, jedzie do domu. Tak w skrócie można by opisać
Safari: wygląda
banalnie, cały szkopuł w tym, że Theroux jest dobrym pisarzem. To
znaczy, że chociaż jego
reportaż zawiera błędy
(Wyliczeniem
części z nich zajął
się John Ryle z Guardiana),
czyta się go
świetnie.
Przywodzi mi na myśl zbiory
felietonów Jeremy'ego Clarksona: jest wypełniony
sądami oraz
stwierdzeniami, pod którymi nigdy w życiu byście się pewnie nie
podpisali, ale podanymi
w tak zabawny
sposób, że bez słowa (co najwyżej z lekko zmarszczonymi brwiami)
przewraca się kolejną stronę. I kolejną. I kolejną.
Zaczęłam
od przytoczenia Wainany, ponieważ mimo
wszystko zamierzam tryknąć
Safari mrocznej
gwiazdy
w parę
miejsc.
Gdybyście
mieli kiedyś okazję zajrzeć na którykolwiek
wydział
afrykanistyczny, z prędkością
błyskawicy zauważylibyście,
że kręcący się tam ludzie są nieprawdopodobnie wręcz
wyczuleni
na punkcie używania
rzeczownika
'plemię'
i przymiotnika 'prymitywny',
a słysząc 'cywilizacja'
zaczynają czujnie strzyc uszami.
O
powodach
takiego stanu rzeczy napisano kilka naprawdę długich i solidnych
tekstów*,
ale nie ma sensu ich
przytaczać, bo z recenzji prędko
zrobi się artykuł naukowy;
całe szczęście, dość
krótko wyjaśnia to Bill
Berkeley. Nie wszystko,
naturalnie, na nasze potrzeby wystarczy wspomnieć o 'plemieniu':
Samo
pojęcie plemienia weszło do powszechnego użytku w erze
kolonialnej. Zostało ono powiązane ze stereotypowym postrzeganiem
Afrykanów jako prymitywnych brutali. Dla antropologów ewolucyjnych
w złotym dla nich okresie społeczeństwo plemienne odzwierciedlało
wczesną fazę rozwoju człowieka ze zredukowaną organizacją
państwową, strukturą klasową, umiejętnością czytania i
pisania, czy czymkolwiek, co cechowało społeczeństwa
„cywilizowane”.
Otóż,
Paul
Theroux
ten
sam Theroux, który
pozuje
na
starego afrykańskiego wyjadacza i
wyśmiewa
turystów-ignorantów,
wzorem
głuptaska z telewizji śniadaniowej
notorycznie stosuje
termin
'plemię'.
Mało
tego, zdarza mu się używać go błędnie. Khoisan nie jest, jak
pisze 'plemieniem', ani nawet 'grupą etniczną', jeżeli chcemy być
dokładni: to cała grupa grup, składająca się między innymi z
KhoiKhoi, San oraz
Sandawe. Nie
spodobał mi się także tytuł.
Czekam
na dzień, w którym tytuły książek
jakkolwiek związanych z Afryką przestaną być tendencyjne.
Kameruńczycy,
togijczycy i
angolczycy dbają
o różnorodność: Babcia
19 i sowiecki sekret,
Witajcie,
powracające widma,
Syn
Agaty Mudio,
Biedny
Chrystus z Bomby.
Jak
na tym tle wypadają Europejczycy i Amerykanie? Afrykański
sen,
Afrykańska
przygoda,
Afrykańska
opowieść,
Afrykańska
mozaika,
Afrykański
wiatr,
Afryka.
Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu,
Wśród
buszu i czarowników: antologia polskich relacji o ludach Afryki.
Po
drugie: stosunek
Theroux do zastanej
rzeczywistości
i
ludzi jest zastanawiający.
Nazwijmy
go sinusoidalnym. Od
sporego zaangażowania do jego braku, co
w połączeniu
z protekcjonalnością i gryzącą ironią, przypominało
mi
pomiędzy sporymi partiami bardzo dobrego tekstu,
że Autor jest ostatecznie tylko obserwatorem, mającym za zadanie
napisać ciekawą książkę, a
potem wrócić do domu.
Wahałam
się, a tak naprawdę to cały czas waham, jeżeli chodzi o wydanie
ostatecznego osądu i
chyba go nie będzie. Theroux
zawdzięczam
sporą dozę irytacji, ale i śmiechu.
Nie
byłam jednak zaskoczona; wiedziałam
(przynajmniej w zarysie),
co może napisać Amerykanin w średnim wieku, jadący przeżyć
swoje wielkie
safari,
przekonany,
że to
właśnie on będzie
najbardziej pozbawionym złudzeń turystą na całym
kontynencie.
Wy
pewnie też wiecie.
(Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Lubimy Czytać; za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Czarne)
_________________________________________
*
Dla dociekliwych: http://www.africafocus.org/docs08/ethn0801.php
Subskrybuj:
Posty (Atom)

