sobota, 3 marca 2012

Ostatnio rozmawiałyśmy o 'murzynie' i byłam w teatrze, tam kupiłam program, a w nim:

Poprawność polityczna jest formą dyktatury, cóż z tego, że intelektualnej. Jest to dyktatura mniejszości nad większością, terroryzowaną w imię dobra i ostatecznej sprawiedliwości. Jest dyktaturą samozwańczej cnoty nad rzekomym występkiem. Jej metodą jest wywoływanie poczucia nieczystego sumienia u ludzi starających się myśleć samodzielnie i osobno, uniemożliwianie im swobodnego głoszenia poglądów, a w końcu odzwyczajenie od myślenia. Poprawność polityczna deklaruje, że chce poprawić świat, ale zmienia tylko język. Opis świata, a nie sam świat. Przy tym nie rozróżnia, wbrew tradycji logiki od starożytności, pomiędzy prawdą i fałszem, a tylko między złem i dobrem. Gorzej, odwołuje się (...) do tolerancji, tymczasem sama jest skrajnie nietolerancyjna. Jest ideologią plemienną, częścią polityki identyfikacyjnej, pozwalającej rozróżnić swoich i obcych już nie po kolorze skóry, tylko wedle poglądów i języka.
(Maciej Rybiński, Jaskiniowiec poprawny politycznie [w:] Jestem, więc piszę, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2003.)

sobota, 11 lutego 2012

Słodko-gorzka książka

Od czasu do czasu zdarza mi się myśleć, że istnieje kategoria książek, które nadają się głównie dla ludzi z Szetejniami. To znaczy, że inaczej odbierać je będzie ktoś, kto był zmuszony opuścić okolice swojego dzieciństwa, a znowu odmiennie ten, kto przez cały czas miał nieograniczony dostęp do znanego sobie od dawna otoczenia. Kelek rozpoczyna Słodko-gorzką ojczyznę, wspomnieniami z Turcji, którą pamięta jako siedmio- czy dziesięciolatka – przywołuje dźwięki, zapachy, uczucia, a jej opisy z tamtego okresu są nasycone wrażeniami zmysłowymi – towarzyszy jej jednak świadomość, że powrót do tego, co najdroższe, jest niewykonalny, bo to, do czego chciałoby się wrócić, istnieje już tylko w wyobraźni.
Ojczyzna to nie miejsce.
Może ojczyzna to
sila, tęsknota za utraconym.
Kto odchodzi, na zawsze traci miejsce, które było ojczyzną.
Retrospekcje mimo to pojawiają się w książce aż do samego końca, a ton, w jakim są napisane, stanowi przeciwwagę dla rzeczowego stylu reszty tekstu; jeżeli do tego dodać jeszcze dane statystyczne, pojawiające się od czasu do czasu, całość prezentuje się na pierwszy rzut oka dość groteskowo. Świadectwa tęsknoty Autorki podkreślają poza tym różnicę pomiędzy słodyczą przeszłości oraz wspomnień o niej, a goryczą konfrontacji ze współczesnością. A może po prostu ze światem rzeczywistym, obserwowanym już nie z dziecięcej, a z dojrzałej perspektywy. Świadomość tego, co czuje człowiek wykorzeniony z jakiegoś miejsca, pomaga w lepszym zrozumieniu książki. Jej zawartość obejmuje jednak o wiele więcej, niż ujęte w słowa sentymenty.

Necla Kelek czuje się Niemką i Europejką, czuje się także Turczynką i to w nie mniejszym stopniu, co wprost stwierdza w finale, zaś Słodko-gorzka ojczyzna jest próbą trzeźwego spojrzenia na zalety i wady Turcji; a liczba przywar, jak wynikałoby z treści, przewyższa znacznie ilość pozytywów. Kelek opisuje świat ponownie – po okresie Atatürkowskim – zdominowany przez mężczyzn, przestających dbać chociażby o pozory równouprawnienia, okrutny wobec kobiet, świat zabójstw honorowych, opartych najczęściej na plotkach i pomówieniach, sprawiedliwości wymierzanej przez domorosłych sędziów, realia oderwanych od rzeczywistości elit kemalistowskich, świat pogardzanej przez „postępowców” ludności wiejskiej, przybywającej do miast w poszukiwaniu pracy i przywożącej stamtąd swoje przyzwyczajenia, a często także swoje okrucieństwo i podporządkowanie grupie, które sumują się z tym, co już zastane, powodując tym większy impas. Zamiłowanie do bezrefleksyjnego naśladowania (określane tureckim słowem taklid, co oznacza ‘imitację’, ‘naśladowanie’ właśnie, ale także ‘bezwarunkowe akceptowanie słów drugiego człowieka’), posłuszeństwo, brak poczucia indywidualnej odpowiedzialności oraz skłonność do tłumaczenia każdej zbrodni względami honorowymi czy religijnymi, tworzą codzienność tureckich obywateli według Kelek. To nie jest oczywiście lista wyczerpująca, ale właśnie te elementy wydają mi się podstawowe, łącząc się między sobą i owocując kolejnymi. Poznajemy więc policjanta, który wedle uznania „głaszcze” osadzonych w areszcie, prokuratora generalnego i jego żonę, tak odległych od anatolijskich wieśniaków, jak tylko można być, feministki z Latających Mioteł, działaczki z KAMER i wiele innych postaci.
Na Słodko-gorzką ojczyznę składa się pięć większych części, które dzielą się na mniejsze rozdziały oraz podrozdziały. Końcówka tekstu podsumowuje starania Republiki Turcji o przyjęcie do Unii Europejskiej i to w niej Autorka, po całej feerii zamieszczonych wcześniej anegdot, opowiedzianych jej przez różnych ludzi, czy też zaobserwowanych, dochodzi do wniosku, który na tym etapie nikogo nie powinien zaskoczyć: państwo tureckie w swojej obecnej postaci do UE w żadnym wypadku się nie nadaje. Argumentów przeciw jest tam sporo. By nie psuć ponurej przyjemności z czytania tej przygnębiającej pozycji, zacytuję jedynie fragment, w którym Kelek dokonuje podsumowania:
Turcja wciąż jeszcze nie wyrwała się spod wpływu starych autorytetów, Atatürka, Proroka. Nie stawia na odpowiedzialnych obywateli, lecz na naród, toleruje „państwo w państwie”, armię, która jak starszy abi stoi na straży honoru siostry, zazdrośnie nie pozwalając na żadną zmianę. Wzbrania się przed rozliczeniem z traumatyczną przeszłością i nie chce przeprosić za popełnione zło. Nad odpowiedzialność stawia posłuszeństwo, nad jednostkę – wspólnotę. Nie jest tak naprawdę zdolna do dialogu – na krytykę, ironię, czy kpinę reaguje urazą albo agresją. Wyklucza inaczej wierzących; nie akceptuje równouprawnienia kobiet. Turcja nie dojrzała jeszcze do stałego związku z partnerem, który jest inny, niż ona.
W krótkiej recenzji Słodko-gorzkiej ojczyzny na jednym z portali napisałam, że trudno nie zostać po jej lekturze islamofobem i dlatego czytając ją trzeba zachować czujność. Mam z tą książką spory problem. Nie neguję, co byłoby obłędem, że Turcja ma wiele problemów, z łamaniem praw człowieka na czele. Z drugiej strony – usprawiedliwianie okrucieństwa przy pomocy religii nie jest ani nowe, ani charakterystyczne wyłącznie dla islamu. Odnoszę wrażenie, że Kelek w pewnych aspektach zrozumiałaby się z Orianą Fallaci; opisując przywary Republiki, jak bumerang powraca do kwestii wyznaniowych, zauważa, że społeczności muzułmańskie w Niemczech powielają klanowe struktury, dochodząc w końcu do wniosku, że:
Usprawiedliwianie barbarzyńskich czynów tradycją, obyczajem, czy „inną kulturą” to zwykłe mydlenie oczu. Jak można określić mianem „kultury” traktowanie kobiet jak własności, o której decyduje ktoś inny? Trafniej byłoby mówić o energii kryminalnej, kryminalnych zjednoczeniach. Nie przekonuje twierdzenie, że to przejaw plemiennego egoizmu, a zabójstwa nie mają nic wspólnego z religią. Bo sprawcy i ofiary zabójstw honorowych są muzułmanami – nieważne, jakiego odłamu. I w Koranie, a także w słowach imamów znajdują dla siebie usprawiedliwienie. Tak samo sunnici jak alewici i szyici. Nie tylko na wschodzie, lecz w całej Turcji.
Trudno mi się zgodzić, przynajmniej w części, z takim postawieniem sprawy. Jestem zdania, że człowieka złego przed krzywdzeniem innych nie powstrzyma ani religia, ani jej brak, a okrucieństwo części muzułmanów nie wypływa z islamu jako takiego. Jest on instrumentalnie przez nich używany i, w zależności od potrzeby, przeinaczany lub traktowany dosłownie, zupełnie tak, jak bywało i bywa chrześcijaństwo. Gdy Autorka od konkretnych przykładów przechodzi do uogólnień, przypominają mi się głosy dotyczące demoralizującego wpływu gier komputerowych i muzyki któregokolwiek gatunku, będącego w danym momencie na czarnej liście. Skłonność do izolowania współobywateli od tekstów kultury, mogących mieć na ich umysły „zgubny wpływ” nie jest niczym nowym, obarczanie tych tekstów winą za wyrządzone przez jednostki zło również. Wierzę, że tak daleko posunięta opiekuńczość wypływa z jak najlepszych pobudek, ale wyczuwam tu niewiarę w intelektualne możliwości ludzi. Ja natomiast skłaniam się ku odmiennemu podejściu. „Wiemy – nawet jeśli wielu nie chce przyjąć tego do wiadomości – że każdy jest odpowiedzialny za swoje czyny” – pisze sama Necla Kelek, tworząc nie po raz pierwszy opozycję pomiędzy demokratycznymi Niemcami i islamizującą się Turcją, w której te pierwsze powinny być w kwestii wolności jednostki matrycą dla drugiej. Dlaczego więc chwilami podchodzi do Turków jak typowy Turek ze swojej książki, nie zaś z chwalonego przez siebie punktu widzenia? Dlaczego pisze o islamie i Koranie, zamiast skupić się na odpowiedzialności indywidualnej? Nawet jeżeli tak przyjemnie zabija się przeciwników na ekranie, a hodża uznał coś za świetny pomysł, ostateczna decyzja zawsze należy do człowieka. Zło, o czym pisała Arendt, najczęściej jest banalne i robi się samo, pomiędzy śniadaniem a kolacją. Problemem Turcji wydaje się być w związku z tym nie spora ilość muzułmanów, a spora ilość ludzi niezdolnych do empatii, kryminalistów i osób biernych.

Czy Słodko-gorzką ojczyznę warto w związku z tym wszystkim czytać? No jasne. To mimo wszystko dobra książka, zawierająca sporo wiarygodnego materiału, świadectwo okrucieństwa i piękna jednocześnie. Historii, które opowiada należy uważnie wysłuchać, powstrzymując się wszakże przed uogólnianiem ich na całość społeczeństwa. A poza tym, czytać w ogóle należy jak najwięcej. I wyciągać wnioski.

czwartek, 19 stycznia 2012

sobota, 31 grudnia 2011

Nieśpieszny Przechodzień uderza

Czuję się tak, jak czuć się musi człowiek dużo głupszy, pisząc o kimś o wiele od siebie mądrzejszym: nieco zażenowana i niepewna trafności tego, co uda mi się w artykule ująć, a co pominę. Przede mną bowiem zadanie karkołomne, a niezwykle trudno jest zrekonstruować osobowość pisarza, posługując się jego tekstami, zwłaszcza, jeżeli ten pisarz jest zwolennikiem absolutnej (relatywnie, umówmy się) przeźroczystości stylu. Jeżeli chodzi o Jerzego Stempowskiego, cała rzecz i tak nieco się upraszcza, bo oprócz zwyczajnej dla niego twórczości z pomocą przychodzą również dzienniki (Zapiski dla zjawy, wydane przez Noir Sur Blanc i udostępnione mi dzięki uprzejmości Wydawnictwa na potrzeby niniejszego tekstu), a także zbiór pośmiertnych wspomnień (Pan Jerzy. Śladami Niespiesznego przechodnia, wydane przez Bibliotekę „Więzi”). Zwłaszcza z tych ostatnich dowiedzieć się można, że jeden z największych eseistów i epistolografów polskich był człowiekiem miłym, ale złośliwym, że był mężczyzną aseksualnym, a jednak szalonym uwodzicielem, otoczonym wiecznie wianuszkiem pięknych kobiet, że był samotnikiem, posiadającym niezwykle szerokie grono przyjaciół, nienadającym się do polityki politykiem rządu Kazimierza Bartla, skrajnie altruistycznym skrajnym egoistą. Konia z rzędem temu, kto nie zwariuje. Spróbujemy jednak coś z tego wyłuskać, lecz to za moment, a tymczasem pozwolę sobie na jeszcze kilka linijek wprowadzenia.

Polski czytelnik będzie miał ze Stempowskim dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze, musi wiedzieć, że ktoś taki istniał, a już w roku 1970 Tadeusz Nowakowski zauważył, iż śmierć Nieśpiesznego Przechodnia dotknie niewielu. Po drugie, z dostępnością jego dzieł bywa różnie. I o ile Zapiski dla zjawy oraz większość listów można zdobyć bez problemu, o tyle ostatnie kompilacyjne wydanie esejów Stempowskiego, Od Berdyczowa do Lafitów (tytuł nawiązuje do jednego ze zbiorów esejów, Od Berdyczowa do Rzymu), popełnione przez niezastąpione wydawnictwo Czarne w 2001 roku, jest teraz rarytasem i potrzeba wiele szczęścia, czasu, a także kapki gotówki, by stać się jego posiadaczem; podobnie jest z Esejami dla Kassandry (wznowionymi przez wydawnictwo słowo / obraz terytoria, nakład jednak jest już od dawna wyczerpany), o Ziemi berneńskiej nie wspominając. Poza wymienionymi natknąć się można niekiedy na Pamiętnik teatralny trzeciej klasy, a także na szkice i krytykę literacką, wydawaną w różnych konfiguracjach przez rozmaite wydawnictwa.

Zapiski dla zjawy są prywatnym dziennikiem, pisanym dla towarzyszącego autorowi ducha Ludwiki Rettingerowej, nazywanej Wichuną, bliskiej przyjaciółki pana Jerzego, zmarłej w czasie wojny po długiej, bo liczącej trzynaście lat, walce z rakiem. Zapisany do 82. strony brązowy zeszyt, znaleziony szczęśliwie kilka lat temu w Szwajcarii wśród spuścizny eseisty, zawiera jeden z utworów na podstawie których wywnioskować można coś więcej, niż to, że Stempowski był amatorem antyku i wszystkoidem o ponadnaturalnym zasobie wiedzy tratującej z wdziękiem primadonny znanych Ci, drogi Czytelniku, erudytów. To rzecz jasna bardzo daleko posunięty skrót, ale nigdzie indziej Stempowski nie zbliża się tak mocno do osobistego wyznania, jak w tym przypadku. Zwłaszcza na początku, potem jednak, jakby zapominając, że pisze tym razem dla siebie, przechodzi do zwykłego dlań tonu uczonego, w wydaniu pana Jerzego bardzo interesującego, dość jednak nietypowego, jak na dziennik. Rzecz charakterystyczna dla Nieśpiesznego przechodnia: jest skrajnie skryty i bez przerwy snuje dygresyjne opowieści. W wielu wspomnieniach jak bumerang powraca tendencja do opisywania eseisty jako mężczyzny ciągnącego wielogodzinne monologi cichym głosem szemrzącego strumyka. Wiadomo skądinąd, że bardzo zirytowało to Gombrowicza, gdy ci dwaj, niezbyt przepadający za sobą, mieli okazję się spotkać. Autor Trans-atlantyku nie omieszkał z czystej złośliwości mówić równie cicho, co z kolei zdenerwowało Stempowskiego, który musiał co i rusz – tym razem normalnym głosem – prosić o powtórzenie. Jak zauważył Miłosz: wyjątkowo wykształcony intelektualista typu przedwojennego, czy wręcz osiemnastowiecznego, zetknął się z kapryśną, niepokorną młodzieżą1. Mała była szansa na to, że się polubią.

Kogóż zresztą on nie znał? Rodzeństwo Czapskich, Kott, Bartel, Piłsudski (którego cechy ma Jowialski z eseju Pan Jowialski i jego spadkobiercy), Axer, Dąbrowska, Herling-Grudziński, Vincenz, Giedroyc, Terlecki, Weintraub, Jeleński, Woroszylski, Miciński... Mnóstwo znajomości pozostawiło imponujący zbiór listów; a epistolografię Stempowski traktował jako tworzenie „prywatnej gazety o sprawach publicznych”. Znaczy to mniej więcej tyle, że ten sam temat, ujęty w podobne słowa, powtarzał się w listach do kilku osób, antycypując powstanie eseju, czy szkicu. Pojawiały się także zapowiedzi różnych większych dzieł, których losy toczyły się od tego momentu rozmaicie. Pisarz planował więc napisanie książki o Owidiuszu jako pierwszym emigrancie, tu i ówdzie przebąkiwał o stworzeniu historii emigracji w ogóle. Był to jeden z tych ambitnych projektów Niespiesznego przechodnia, do których długo zbierał materiały, o których opowiadał przyjaciołom, ale które summa summarum nigdy nie doszły do skutku. Tworzenie grubych dzieł, czy syntez wydaje się być zresztą czymś absolutnie wbrew zwyczajom pisarskim i osobowości Stempowskiego, spod ręki którego wychodziły właściwie wyłącznie krótkie, zwięzłe teksty. Poza tym nazywał siebie „stręczycielem książek” i zaznaczał, że jego rolą jest raczej polecanie, nie tworzenie. W innym miejscu zauważał, że gdyby ludzie czytali literaturę z należytym zrozumieniem, żadne nowe pozycje nie byłyby potrzebne. Zresztą i tak „wszystko jest gorsze od Szekspira, ale mimo to nie należy tworzyć i czytać rzeczy dużo gorszych”. Być może z powodu tak poważnego podejścia do literatury i odpowiedzialności za słowo, nawet prywatne dzienniki redagował jak wydawnictwa oficjalne i przepisywał je na czysto, prawdopodobnie z luźno rozrzuconych kartek.

Stempowskiego wyróżniała także niezwykła intuicja. Już na kilka lat przed wybuchem II Wojny Światowej domyślał się, jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość Europy i że świat, który znał i w którym się wychował, rozpada się na kawałki. Cała jego wiedza oraz doświadczenie były bez przerwy zaprzęgnięte w proces znajdowania rozmaitych związków między minionymi czasami, a teraźniejszością i na tej podstawie pan Jerzy dedukował o ewentualnych następstwach. Był wielkim katastrofistą oraz pesymistą, schyłkowcem, dlatego zdarzało mu się przesadzać, ale zwykle miał rację; zresztą katastrofizm był wtedy chyba jedynym prawidłowym pryzmatem postrzeganiam, mówimy przecież o latach poprzedzających wojnę. Bezbłędnie identyfikował wszelkie przejawy poniżenia, tyranii i odczłowieczania innych, nawet wtedy, gdy wielu dookoła niego tkwiło błogo w samym środku raju głupców. Antoni Słonimski przytacza taką oto anegdotę:

W czasach bojkotu żydowskiego handlu, jako demonstrację przeciw endeckiej propagandzie, Jerzy, wchodząc do sklepu, pytał: „Czy to sklep chrześcijański?” Gdy potwierdzono, Jerzy wychodził i, grzecznie uchylając kapelusza, mówił: „Przepraszam, ale ja kupuję tylko u Żydów”.

Inną fascynującą cechą pana Jerzego – można by ją nazwać „podstawową”, wziąwszy pod uwagę to, jak często jego znajomi o niej piszą – była skłonność do omawiania jakichś interesujących go wydarzeń, niekoniecznie historycznych i płynnego nawiązywania do zupełnie (jak by się mogło zdawać) innej dziedziny, do medycyny, biologii, literatur wielu krajów i epok (wraz z wtrącanymi z pamięci cytatami), czy jakiejkolwiek materii, która mu przyszła do głowy i w jakiś sposób wiązała się z głównym wątkiem monologu:

Jego magię intelektualną tworzyło otwieranie widoków za każdym przygodnym szczegółem: zapałką z masy papierowej, epidemią influenzy, przydrożnym drzewem. Miał niebywałą zdolność skojarzeń, zdolność perspektywicznego, jakby rentgenowskiego widzenia rzeczywistości, otwierania jej skrytek, przenikania pod jej powierzchnię.

Przytoczenia i erudycja Stempowskiego nie miały w sobie przy tym nic z kuglarstwa i pustego szpanu, pojawiają się w jego tekstach tak naturalnie, jak naturalne jest jest oddychanie, czy włożenie sześciennego klocka w odpowiedni otwór dziecięcej zabawki. Są niezastąpione, twórcze. Zdaje się też, że brzmienie sprytnie wygrzebanego z pamięci obcojęzycznego fragmentu i jego akuratna przystawalność do rzeczywistości sprawiały panu Jerzemu wiele radości; Tymon Terlecki wspomina, jak eseista witał go fragmentami z Tymona Ateńczyka: „Daj nam trochę złota, Tymonie” lub: „Zrób z tego złoto, jesteś alchemistą”. Kiedy słucha się lub czyta Stempowskiego, cały świat staje się rajem humanistów totalnych, wszystko tłumaczy się wszystkim i wzajemnie zazębia, Shakespear'e jest tak współczesny jak Szekspir współczesny, a Jan Vitalis - jak Masłowska. Niemożliwe jest pełne odczytanie tego, co rzeczywistość może i próbuje nam przekazać, bez wiedzy absolutnej. Wynika z tego, iż dążenie do jak najpełniejszego poznania, ciągłe dowiadywanie się i aktualizowanie wiedzy, staje się koniecznością; i to bynajmniej nie dlatego, by można było potem skuteczniej odrywać się od życia i poświęcać abstrakcji, ale właśnie po to, aby mieć w i ę c e j wspólnego z tym życiem i lepiej sobie w nim radzić. Co jednak przesądza o pięknie i wyjątkowości takiego widzenia świata to to, że można w jego obrębie być dobrym, wartościowym człowiekiem, nie będąc homo totus – Stempowski, wbrew temu, co można by podejrzewać (z powodu jego arystokratycznego obejścia), nie izolował się od ludzi mniej niż on bywałych w świecie oraz kulturze i nigdy nie traktował ich zimno, o ile nie miał do czynienia z osobą okrutną lub podłą, co znowuż nie zależy tak bardzo od wykształcenia. Potrafił, jak Vincenz, zjednać sobie każdego: hrabinę, literata, czy huculskiego przemytnika.

Pan Jerzy, urodzony w 1893 roku w Krakowie (chociaż sam podawał rok 1894 i Szebutyńce na Ukrainie), erudyta, wolnomularz, Polak, Ukrainiec, Europejczyk, czy wreszcie prawdziwy Obywatel Świata, zmarł w Bernie 4 października 1969 roku; w 25. rocznicę śmierci sprowadzono jego prochy do Polski i odtąd leży, wraz z ojcem i bratem na Cmentarzu Powązkowskim.

sobota, 15 października 2011

.

Waham się pomiędzy potrzebą pisania, skłonnością do pisania wyłącznie o swoich stanach wewnętrznych i świadomością, że stanów tych nie da się przekuć na uniwersalną sztukę. Znaczy to z grubsza tyle, że nikogo, oprócz mnie nie obchodzą.